|
Fanfic- ciąg dalszy Upiora w Operze . Lepszy niż u Webbera i Forsytha!
piątek, 28 listopada 2008
Upiór w... Część 114
Po chwili Erik usiadł obok Madame smiejąc sie szeroko. Eve wytrząsnęła śnieg z ucha i zaczeła się podnosić. - Ale wiesz, Trouve, że to oznacza wojnę? - zapytała groźnym basem. Coś świsnęło w powietrzu i śnieżna pecyna roztrzaskała sie na czole Erika. - Niech no ja cię dopadnę...! - wrzasnąl zrywajac sie z ziemi. Eve, chichocząc i pokrzykując lawirowała wsród krzewów. - Najpierw mnie zlap! - krzyknęła, ciskając w Erika kolejną pigulą. Tym razem chybiła, za to trafil Erik. Bryła śniegu roztrzaskala sie o ramie Madame. - Dogonię cię! Zobaczysz! - zagrzmiał. Madame rzucila sie do ucieczki, śmiejąc się jak dziecko, Erik porykując puścił sie w pogoń. - Mam cię! - Erik chwycił ją za kołnierz. W tym momencie Madame pośliznęła się i oboje potoczyli sie po ziemi. - Już mi nie uciekniesz - szepnął Erik obejmujac Eve. Pocałował ją w usta. Grudka topniejącego śniegu zaplątała mu się we włosy nad czolem. - Ani myslę - odparła Madame, uśmiechając się. Erik wstał i podał rękę Eve. - Tak sobie myślę - rzekł, spoglądajac przed siebie - Że mam dla ciebie prezent. - To połóż go pod choinką. - Nie - rzekł nieoczekiwanie poważnie. - Dam ci go tu i teraz. Sięgnął do kieszeni i wyjął z niej małe pudełeczko. - Noszę go przy sobie od października, tylko brakło mi odwagi... Eve wzięła pudeleczko z rąk Erika. W środku był zloty pierscionek z oczkiem w ksztalcie kropli, wykonanym z pięknego, czystego granatu. Madame zapatrzyla sie w jego purpurową głębię. - Eve - rzekl Erik uroczyście - Czy ty... Czy zechcesz... Bo może znudziło ci sie już nazwisko Corbeau... i w ogole skoro już razem mieszkamy...? Zarumienil się. Eve spojrzala w jego oczy, zielone niczym szmaragdy, wypełnione miłością i lękiem. serce walilo jej jak mlotem. - Tak! - rzekla Madame z mocą. - Zostanę twoją żoną! Włożyła pierścionek na palec. Erik wydał z siebie dziki okrzyk radości, po czym porwal narzeczoną w ramiona i jął z nią wywijac szalonego walca po parku. - Już! Dosyć! - piszczała Madame - W głowie mi się kręci! Zatrzymali się. - Poza tym - powiedziała Eve - trzeba ubrac Don Bałwano. Wyjęła z kieszeni kląb czarnej tkaniny zabrany z oranżerii i pomachała Erikowi przed oczami. - No tak. Nie możemy go pozostawic gołego - rzekł Erik udajac powagę. Podeszli do bałwana. Eve rozprostowała czarną tkaninę, która okazala się starym fartuchem i zarzuciła ją balwanowi na ksztalt peleryny, wiążąc mu tasiemki pod śniegową brodą. - Teraz nasz Don Balwano jest kompletny. - powiedziała. Erik pocałował ją w usta. - Co powiesz na gorącą kąpiel? - zamruczal - Zmarzłem cokolwiek. - Natychmiast idziemy do domu! - skomenderowala Madame. - Umrę jesli sie nie wykąpię! Peleryna don Bałwano dumnie łopotała na wietrze. KONIEC
Upiór w... Część 113
23 grudnia 1872. Coeur de Chene.
Rano zaczął padac śnieg i juz wkrotce wszystko było spowite w biel. Ogród i park przeistoczyly się w koronkową bajkę, której splot tworzyly oblepione bialym puchem gałązki drzew i krzewów. Nawet konary sędziwych dębów zostały obrysowane bielą. Po poludniu wszystko wydawało się czyste i poważne, tylko dwie uganiające ze śmiechem po ogrodzie postacie ploszyly dostojeństwo chwili. A śnieg wciąż prószył. Zadumana Pauline przyglądala sie bialemu swiatu przez salonowe okno, jedna ręką huśtając leżące w kołysce niemowlę. - Hej, wicehrabino de Joigny! - Martha wkroczyła dziarsko do salonu. - Ciiicho! - syknęla Pauline - Isabelle dopiero co się uspokoiła! - Przepraszam! - wyszeptała Martha konspiracyjnie. - Ma straszne kolki. - Pauline popatrzyla tkliwie na malą twarzyczkę wśrod bialej pościeli - Erik jej śpiewal przez cały ranek. To jedyne co ją uspokaja. Spojrzała na Marthę. - Kiedy przyjechalaś? - Dopiero co. Zostawilam bagaże w Chateau i od razu kazalam się wieźć tutaj. - Pochyliła się nad kołyską - No, usmiechnij się do cioci! Zobaczysz, kiedy podrośniesz, ciocia zadba zebyś poszła na studia, jak ona i zostala sufrażystką. Polaskotala malą pod bródką. - Wielka sufrażystka Martha Poussin - prychnęla Pauline. - Uwazaj żeby cię ze studiów nie wyrzucili, albo i nie aresztowali. - A wielka, wielka - odparla spokojnie Martha. - I skonczy literaturę, i zostanie pisarką i dostanie Nobla. Kobiety muszą walczyć o swoje prawa, nikt ich im nie da w prezencie. - Niezwlocznie zakomunikuję Callumowi że jest wrednym ciemiężcą i zasluguje żeby go wychłostac - rzekła Pauline. - Uważaj, bo mu się jeszcze spodoba - zaśmiała sie Martha. - A właśnie, gdzie to nasi mężczyźni? - Callum i Pierre pojechali po choinkę, a Erik biega po parku z Madame. - A pan komisarz? - Pan komisarz i jego malżonka ciągle jeszcze bawią w podróży poslubnej. W Transylwanii, nie wiem gdzie to jest, gdzieś na końcu świata chyba, Thomas ma tam podobno krewnych. Święta spędzą na zamku Bran, tak przynajmniej pisała Agathe. - A! - Martha zamachala rekami - zderzylam się w chateau z Anette. Zaraz tu powinna byc, przyjaechalla tuż po mnie. Sluży jej ta szkoła pielęgniarska jak diabli. Zmęzniała i zważniała, już nie jest taka płocha jak kiedyś. - Już zapomniała o wybrylantynowanych przystojniakach? - zachichotala Pauline. - Co ty, taki teraz nawet do niej nie podejdzie a ona już mu kręgosłup łamie. Ostra sie zrobiła. - odparła Martha wesoło. Nagle spoważniała. - Przypomnial mi sie ten caly... wypadek Darline. Ona się chyba nigdy nie pozbierała tak do końca. - Czy ja wiem? - Powiedziała z wahaniem Pauline. - Zmienilo ją to, na pewno. Inacej spojrzala na wiele rzeczy. Wiesz ze chce iść do klasztoru? Do kamedułek. Regularnie odwiedza Matkę Eugenię. Martha wytrzeszczyla oczy. - Darline chce sie zamknąć tam gdzie siedzi ta diablica?! Pauline pokręcila głową. - Ona nie żyje. Przegryzla sobie żyly w rękach. - No i ma na co zasłużyła, oby ją smażyli w piekle. - Martha zamyslila się. - Do Darline klasztor nawet pasuje. Zawsze była taka czysta i niewinna. - Nie wyobrażam sobie czegoś takiego. Cale życie w celibacie? - powiedziała Pauline ze zgrozą. Martha zaczęla się śmiać. - Jako cnotliwa panienka powinnam sie zgorszyć, ale ponieważ sufrażystki żądają równouprawnienia i w tej dziedzinie... Wybuchly smiechem. - A co u Johanne i Amelii? spytala Martha ocierając łzy radości. - Amelia ćwiczy, ćwiczy i jeszcze raz ćwiczy, bo będzie na wiosnę koncertować. Pierre ma znajomości i zorganizowal jej tournee. Erik jest wniebowzięty, mówi ze ona zostanie gwiazdą. A Johanne... Pilnuje żeby interes Pierre'a się kręcił. Stajnie już stoją, tor wyścigowy też, Pierre kupuje konie, a żona mu doradza. Teraz utknęła w kuchni i sztorcuje slużbę. - Cala Johanne- powiedziała Martha. Spojrzała w okno - Zobacz co oni tam robią! Ja dobrze widzę? Pauline wyjrzala. - Madame i Erik lepią bałwana. -rzekła, chichocząc.
Erik postawił śniezną brylę na drugiej, większej, i poklepał ją z zadowoleniem. - Głowa gotowa! - zawolala Madame. Posapując przyniosła śniegową kulę i podała ją Erikowi. Ten osadził bryłę z namaszczeniem na wlaściwym miejscu. - Pięknie - rzekł - nasz bałwan prawie gotów. Tylko jeszcze jeden szczegół... Wyjął zza pazuchy czarną maskę i nałożyl ją bałwanowi na głowę. - Don Bałwano Trrrriumphant...- zanucił. Madame przyjrzala się śnieznej postaci krytycznie. - Czegoś mu brakuje. Stanowczo. - powiedziała. - Zaraz wracam! Popedzila co sił do oranżerii. Erik patrzył za nią z uśmiechem. Po chwili coś mu zaświtało w głowie. Podkradł się pod oranżerie i zaczaił się przy drzwiach. Madame wyszla z oranżerii, trzymajac w dłoni coś czarnego. - Haaa! En garde! - ryknął Erik wyskakując z ukrycia z garściami pełnymi śniegu. Natarl na Madame, ktora zaczeła przeraźliwie piszczec i zaczął nacierać jej śniegiem wlosy i policzki. Przewrócili sie na ziemię. Upiór w... Część 112
Z niejakim wysilkiem i nie bez wydatnej pomocy Marthy udało się przekonac przedstawiciela miejscowej prasy żeby nie wzywał fotografa. Martha wytłumaczyła redaktorowi że pan Trouve, z uwagi na rany twarzy jakie odniósl w czasie wojny krymskiej, z zasady się nie fotografuje. Jednak, dodała, na pewno bardzo chętnie udzieli jej wywiadu, na wylaczność dla gazety pana redaktora. Tak ułagodzony dziennikarz dał sie bez trudu wyprosic z domu, pozostawiając Erika w spokoju.
Wieść o bohaterskim wyczynie pana Trouve rychło obiegła całą okolicę, usuwając w cien poprzednie sensacje. Opowiadano sobie, kiwajac głową z uznaniem, o odwadze jaką ów dżentelmen wykazywal w czasie wojny, a którą przypłacił tak straszliwym okaleczeniem. Podobno, głosiła plotka stugebna, pan Trouve ratował rannych towarzyszy broni z płonącego statku podczas oblężenia Taganroga, parząc sobie przy tym dotkliwie twarz. Nie mozna było tak zacnego człowieka, który naraza własne życie by ocalić innych, posądzac o jakieś plugastwa, przeto uformował się pogląd że musiał istniec jakiś wazny powód dla którego Madame Corbeau wprowadziła sie do Coeur de Chene. Biedny pan Trouve, kawaler, żolnierz i artysta na gospodarstwie się nie znał, a wiadomo, jak służby nie dopilnujesz to rozpuszczą się jak dziadowski bicz. Oczywistym jest zatem że ktoś musiał pomóc i Madame takiej właśnie sąsiedzkiej pomocy mu udzielała.
-
To tyle na dziś, moja droga - rzekł Callum, odkładając mały
tomik na szafkę nocną - Idź już spać, jest dość późno...
Bądź zdrów i opiekuj się żoną, Ojciec."
- Czy ja dobrze rozumiem? - ucieszyła się Pauline - Tytuł hrabiowski!
Był słoneczny poranek pod koniec września. Zaspany i rozczochrany Erik w szlafroku przyczlapał do jadalni i niemrawo klapnął za stolem. - Gdzie pani, proszę pana? - zapytał kamerdyner, stawiając na stole imbryk z kawą. Erik podsunąl sobie imbryk i napelnił filiżankę. - Pani? - wymamrotal - Jeszcze się ubiera, a czemu pytasz? - Przyslali z Chateau. - rzekł slużący. - pani Sinclair urodziła w nocy. Erik otrzeźwial w mgnieniu oka. - Urodziła?! Pochłonąl kawę jednym haustem i zerwal sie z krzesla. - Eve!!! - ryknął, pedząc po schodach do góry. - Pauline urodziła! Ubieraj się, szybko! Mamy dziecko! To znaczy, ona ma dziecko! Przez bramę Chateau Mignon wpadł niczym kula armatnia rozpędzony brougham. Zanim Erik ściągnąl konia Madame miała wrażenie że wpadną przez drzwi do hallu i wyhamują dopiero na schodach. Szczęśliwie zatrzymali się na podjeździe. Erik rzucił lejce na kozioł i popędził do srodka, za nim zaś Madame. W hallu powital ich rozpromieniony Callum. - Widzialem że zajechaliście... zaczął. - Gratuluję, Callum! - Erik klepnął go w ramię, niemal zwalając z nóg. - Uch... Dziekuję - odpowiedział młody ojciec. - Jak się czuje Pauline i dziecko? - zapytala Madame. - Świetnie! - powiedział Callum - wszystko tak szybko poszło, nie chcieliśmy juz was turbować po nocy... Doktor ledwo zdążył! Chodźcie, to je zobaczycie! Poszli za nim na piętro. Pauline lezała w łózku w dawnej sypialni Madame, na rekach zas trzymala niemowlę w beciku. - Nie przeszkadzam? - zapytał Callum. - Masz gości. - Madame! Erik! - ucieszyla się. - Zobaczcie, to jest Isabelle. - To dziewczyna? - zapytał Erik. - A co! - zaśmiała się Madame. - Kobiety górą! Pauline usmiechnęła sie szeroko. Erik przygladal sie z fascynacją małej pomarszczonej twarzyczce w jej objęciach. - Moze weźmiesz ją na ręce? - Pauline podała niemowlę Erikowi. - Nie! - cofnął się. - Ja... Jeszcze jej coś zrobię niechcący. Lepiej nie. - Przesadzasz - Madame poklepała go po ramieniu. - Nie jest z porcelany. Poradzisz sobie. Erik wahał się jeszcze przez chwilę. Podszedł do Pauline i wziął od niej ostrożnie Isabelle. Zamglone niebieskie oczka spojrzały na niego. Malutka rączka uniosła się i dotknęła jego twarzy. - Ga - powiedziala Isabelle. Erik rozesmial się. Poczul jak w zetknięciu z ta delikatną istotką coś w nim topnieje. Spojrzał na Eve. Uśmiechała się.
Pewnego październikowego dnia na adres jednej z paryskich oper przyszła niewielka paczka. - Madame Giry! - rzekł sekretarz, wchodzac za kulisy - To dla pani! - Niechże pan nie krzyczy! - skarcila go Giry. - Mamy próbę!. - Przepraszam! - zaszeptał skruszony sekretarz. - Przesyłka dla pani! - rzekł wręczajac jej paczkę. Orkiestra zagrzmiała muzyką. Jednym okiem popatrując na uwijające się na scenie baletnice, madame Giry otworzyła paczkę. Brązowy papier pakowy spłynął na podłogę. W środku było male pudeleczko i list. Giry otworzyla je i poczuła że nogi się pod nia uginają. Złapala się jedną ręką dekoracji, czując ze zaraz zemdleje. W pudeleczku lśnił wielobarwnymi skrami brylantowy pierścionek Christine Daae, ten sam ktory oddała kiedyś Upiorowi. Madame Giry odzyskała nieco równowagi i rozdarla kopertę. Kartka pokryta była znajomym charakterem pisma.
"Droga Madame!
Chcialbym aby wzięła Pani ten pierscionek na przechowanie. Kiedy Christine umrze, proszę żeby pani, lub pani córka, Meg, położyła go na jej grobie, wraz z pojedynczą czerwoną różą, przewiązaną czarną wstążką. Niech to będzie ostatnia przysluga oddana przez panią Upiorowi.
Dawny D. O."
Madame Giry schowala troskliwie pierscionek wraz z listem w jedwabnej torebce przy pasku.
Upiór w... Część 111
Po
wyprowadzce Madame do Coeur de Chene, senne miasteczko jakim było
Calumeaux zawrzało od plotek. Plotkowano wszędzie w sklepie, przed
kościołem, na spotkaniu pań na plebanii. Ludzie nie mogli się
nadziwić że szanowana wdowa przeprowadziła się, ot tak, do domu
kawalera. Toż to nie godzi się, tak żyć w grzechu i rozpuście.
W
hallu zabrzmiała kanonada szybkich kroków oi do salonu wpadla
Madame. Policzki miala zarumienione, nozdrza rozdymał gniew. - Co się stało? - Powiedzmy ze status miejscowej Marii Magdaleny niezupełnie mi służy. Madame krażyła nerwowo po pokoju. Przystanęła na chwile przy kominku, podniosla stojąca na gzymsie porcelanową figurynkę, spojrzała na nią i odstawiła. Przemaszerowała w drugi koniec pokoju, otworzyła klawiature fortepianu i z nieobecnym wyrazem twarzy nacisnęła jeden klawisz. Czysty wysoki dźwięk uniósl się w powietrze. - I tym się tak denerwujesz? - zielone oczy z uwagą sledziły poczynania Eve. - Przeciez wiedziałaś ze tak będzie. Madame opadła na stolek przy instrumencie. -
Tak, wiedzialam. I co z tego? Irytuje mnie to. Spojrzenia, szepty za
plecami... Ugh. -
Nie przejmuj się tą bandą bigotów i niewyżytych starych
pudeł. - rzekł łagodnie Erik. -Zobaczysz, poplotkują i przestaną
jak tylko znajdzie się inny temat. Podniosl Eve i posadził ją na klawiaturze, siadajac jednoczesnie na stołku. Fortepian wydal z siebie dziwaczny, nieharmonijny dźwięk. - Oszalał! - zawolała Madame wznosząc oczy do nieba w wyrazie fałszywej zgrozy. Erik polożył obie dłonie na jej udach. Usmiechnął sie szatańsko. - Tak Madame, oszalalem. Kompletnie i nieodwolalnie postradałem rozum na pani punkcie - rzekł. - I zadne małomiasteczkowe plotkary tego nie zmienią chocby ich imię było Legion. Śmiejąc się, pogłaskała go po głowie. -Nie
będą nam dyktować jak mamy żyć. - szepnął i z czułością
pocałował ją w usta.
Wątłe promienie zimowego słońca przedzierały się przez gałęzie nagich, pozbawionych liści drzew. Cieńka warstwa białego puchu otuliła ziemię, samotny płatek zawirował w powietrzu, po czym leniwie opadł na glebę.
Madame, Erik, Callum z żoną oraz Martha właśnie minęli grupkę roześmianych dzieci, bawiących się tuż koło rzeki, zupełnie nie zważając na niebezpieczenstwa związane z czarną, lodowatą wodą. Pauline przyglądała im się uważnie, zupełnie nie zwracając uwagi na dyskusje dotyczące spraw gruntu. Niewiele ją to zresztą obchodziło, wtuliła się więc mocniej w bok męża, i pogrążyła we własnych myślach. - A co ty myślisz, Eriku? -zapytała zaciekawiona Martha Jego
odpowiedź zagłuszył przenikliwy krzyk, dochodzący skądś zza ich
pleców. Wszyscy odwrócili się w tamtą stronę. Grupka
dzieci na brzegu rzeki porzuciła zabawę, przypatrując się czemuś
w jej ciemnym nurcie z przerażeniem w oczach. Obok szlochała mała
dziewczynka. Tłum
rozstąpił się nieco, trzech rosłych mężczyzn ułożyło Erika i
nieprzytomnego chłopca na wilgotnej glebie, po czym oddalili się.
Eve podbiegła do ukochanego i uklękła przy nim, Pauline i Martha
stanęły obok, lekko zdezorientowane. Callum zaś zajął się
sprawdzaniem stanu dziecka. Po chwili zastanowienia przewiesił sobie
chłopca przez kolano, głową w dół, tym samym wylewając mu
wodę z płuc. Chłopak otworzył oczy i zaczął kaszleć, zaraz też
znalazła się przy nim siostra, krzycząc z radości. Sinclair podał
chłopca Marthcie, a sam pomógł Erikowi podnieść się z
ziemi, przy okazji prosząc o pomoc kilku przypadkowych mężczyzn.
Któryś ściągnął płaszcz i zarzucił na plecy
szczękajacego zębami Erika. W pośpiechu ruszyli w stronę
miasteczka. Wśród okrzyków radości i uznania dla czynu Erika, odprowadzono bohatera i wyratowanego przezeń chłopca do domu jego matki. Tam chlopca przebrano i połozono do łózka, oblożyswszy termoforami. Erik, z pomocą Madame i Marthy ubrał się w suchą odzież pożyczoną od ojca Mate. Spodnie i koszula opinały się nieco zbyt mocno na poteznym ciele Erika, a rekawy i nogawki były cokolwiek kuse, Martha nie powstrzymała się więc i zaczeła chichotać, Eve zaś dziwnie zaciskała usta, otulając swego mężczyznę kocem. Potem posadzono go przy kominku w ktorym huczał solidny ogień, a pani domu zaopatrzyła bohatera w filizankę ciepłej, dobrze osłodzonej herbaty.
niedziela, 23 listopada 2008
Upiór w... Część 110
Usta Johanne uformowały się w okrągły kształt litery "o". - Jak to wyrzucili? - zapytała Anette, zgorszona. - Tak na bruk i siup? - Wlaśnie tak - rzekł Pierre, czerwony ze wstydu. Spojrzał na Johanne. - Wygląda na to że masz bezdomnego narzeczonego, kochanie. Chyba trzeba będzie przełożyć ślub. Westchnął ciężko. - Madame, Eriku, mam wielką, ogromną prośbę. Czy móglbym zamieszkać w Coeur albo tu, dopóki nie stanę na nogi? Postaram sie znaleźć jakąś pracę jak najszybciej. - A co z twoją hodowlą, Pierre? - zapytał Erik z powagą. - Projekt stajen jest już gotowy. - Nie mam pieniędzy - Pierre potarł nerwowym ruchem czoło. - Co gorsza nie mam nawet terenu pod stajnie, skoro zostałem wydziedziczony. Ale za projekt oczywiście zaplacę. Erik uśmiechnął się szeroko. - Nie zaplacisz ani grosza, Pierre. Projekt jest waszym prezentem ślubnym ode mnie. Jesli chodzi o grunta, to co powiesz na pożyczkę? - Nie mógłbym... nie śmiałbym prosić... Bardzo dziękuję! -wymamrotał Pierre. Johanne pisnęła radośnie. - Ale warunek jest jeden - Erik zmarszczył brwi w falszywie groźnym grymasie - Żadnego przekładania ślubu! I mam nadzieję ze pozwolicie pewnemu skromnemu artyście zagrać podczas ceremonii? - Jest pan taki kochany! - wykrzyknęła Johanne zrywając sie od stołu. Podbiegla do Erika i ucałowala go soczyście w policzek. Poczerwienial jak wiśnia. - Bardzo dziękuję... Dziękuję, Eriku - bąkal oszolomiony Pierre. - Oddam jak tylko będę mógł! Erik, wciąż w pąsach, machnął lekceważaco ręką. - Nie ma pośpiechu. - powiedział. - I oczywiście - dodala Madame - mozesz tu zamieszkać. Usmiechnęła się szelmowsko. - Prawdę mówiąc mam wrażenie że twoje bagaże już stoją w gościnnej sypialni. - rzekła. Służba uprzątnęła nakrycia i na stól wjechal deser. Martha luboscią nalala sobie słodkiego czerwonego wina o mocnym rodzynkowym aromacie. - A my zsuniemy łózka w moim starym pokoju i jakoś sobie poradzimy - Pauline ze śmiechem trąciła męża w bok. - A nie, nie, nie. - Madame żartobliwie pogroziła palcem. - Wy potrzebujecie więcej wygody. Weźmiecie moją sypialnię. Sinclairowie zgodnie wytrzeszczyli oczy. - Czy to znaczy że pani się przeniesie do pokoju Pauline i Amelie? - zapytala Darline z niedowierzaniem. - Nie - rzekł Erik szczerząc zęby w radosnym uśmiechu - Pani się przeniesie do Coeur de Chene. Martha prychnęła pitym akurat winem na stół i siedzącą naprzeciw Amelie. - Cholera! - wybuchnęła - Prosiłam kiedyś żebyście ostrzegali! Spojrzala na upstrzoną na czerwono Amelie. - Najmocniej przepraszam. - rzekła. - Drobnostka - odparła rozbawiona Amelie, ocierajac twarz serwetką. Bezszelestny jak duch Józef zmieniał nakrycia i suszył plamy na obrusie. Siedzący obok Amelli Thomas jąl scierać z prawego rękawa kilka zabłąkanych kropel wina. - To trzeba zaprac bo nie zejdzie. - powiedziala Agathe. - chodź. - Państwo wybaczą - Thomas wstając skłonił się z galanterią. Znikneli oboje za drzwiami. - Droga Madame - rzekła wytwornie Darline - Moglaby mi pani powiedziec czemu przenosi się pani do Erika? - Droga Darline - odparła Martha, nie dając dojść Madame do slowa - Twa myśl jak zawsze nieskalana niczym lilija. Madame może ci opowiedzieć jakąś bajkę ludowa o tym jak to Erik nie radzi sobie ze służbą, ale mam wrazenie że jesteśmy tu sami swoi, więc nie ma co mydlić oczu. Wszyscy wiedzą że oni się kochają i lecą na siebie jak szatany, to jasne zatem że chcą więcej czasu spędzac razem. O każdej porze doby. Erik się rozesmiał, Madame zczerwieniała gwałtownie. Spojrzeli na siebie wzajemnie z czułością. Biesiadnicy przyglądali im się z zainteresowaniem, a Darline nawet z lekkim zgorszeniem. - Skoro tę kwestię mamy juz załatwioną, chcialabym zjeść ten deser w spokoju. - rzekla Martha wskazując na ciasto z kremem krolujące na stole. - A'propos potrzeby bliskości - rzekla Pauline - Gdzie przepadli szanowny pan komisarz Bonner i Agathe? Robią pranie dla calego Chateau, czy co? - Oby tylko z tego żadnych dzieci znowu nie było - rzekła zlowieszczo Martha.
Podawszy deser Józef pozostawił biesiadnikow pieczy słuzącej, sam zaś udał się sprawdzić czy oddźwierny zamknął bramy i wypuscił psy. Mijając uchylone drzwi łazienki na parterze zatrzymał sie na chwilę i badawczo unosząc brew zerknął do środka. Surdut Thomasa zwisał z krawędzi wanny, najzupełniej porzucony. Jego właściciel, w samej tylko kamizelce na koszuli, obejmował pannę Agathe, zachłannie całując jej szyję. Włascicielka szyi, z kolei, trzymala jedną drobną dłoń na posladku Thomasa, druga zas błądziła gdzieś pod kamizelką. Józef wycofal się bezszelestnie.
Upiór w... Część 109
Erik podsunął krzesło Madame, i sam usiadł obok niej. Amelie zasiadła na końcu stołu, koło Anette, po prawej mając puste miejsce, naprzeciw zaś Marthę, a obok niej Agathe, świdrującą owo miejsce ponurym wzrokiem. - Madame, czemu jeszcze nie ma Thomasa? - zapytała Amelie. - A skąd ja mam wiedzieć? - zdziwiła się Madame. - Pewnie coś mu wypadło, z policjantami tak bywa. Józef wpłynął majestatycznie do jadalni, dzierżąc w okrytych białymi rekawiczkami dłoniach wazę z zupą. Gdy skończył nalewać Callum wstał z uroczysta miną i odchrząknął. Madame uniosła brwi. - Czyżbyś chciał nam coś oświadczyć? - zapytała niewinnie. Martha czym prędzej przełknęla trzymaną w ustach zupę. Callum zarumienił się i przestapił z nogi na nogę. - Tak. - powiedział. - Ja... My... - Pauline jest w ciąży! - wykrzyknęła Anette, zrywając się z miejsca. - Wiedziałam! Pauline spojrząła na nią morderczym wzrokiem. - Ty małpo zielona, wszystko popsułaś!!! - zgrzytnęła zębami. - Kochanie- rzekł ostrzegawczo Callum - Tylko nie denerwuj się za bardzo, to ci szkodzi. Erik zamrugal oczyma. - Zaraz. Czy ty naprawdę jestes... spodziewasz sie dziecka? - spojrzał na Pauline. Ta oblała się rumiencem i gwałtownie spuściła głowę. - Tak - powiedziała, wpatrując sie pilnie w talerz przed sobą. - Jestem w ciąży. - Moje najszczersze gratulacje! - wykrzyknął Erik. Nad stołem rozpętało się gratulacyjne pandemonium. Agathe rzuciła kolejne mordercze spojrzenie w kierunku pustego miejsca naprzeciwko. - Omineło mnie coś? - w dźwiecznym barytonie wibrowała kpiąca nutka. Thomas stał w drzwiach jadalni, z leniwą gracją oparty o framugę. Dłonie trzymal w kieszeniach spodni. Spojrzał lśniącymi jasnymi oczyma na Agathe, która nie wiedzieć czemu poczuła się jakby była naga. Zaczerwieniła się. Thomas błysnął zębami w uśmiechu i z niedbałym kocim wdziękiem wszedł do jadalni. Skłonil sie Madame, po czym nachylił się nad Agathe, całując ją w policzek. Poczuła dotyk miekkich ust i szorstkiego od zarostu policzka i zapach wody kolonskiej. Zrobiło jej się goraco. - Co mnie zatem ominęło? - zapytał Thomas sadowiąc sie na swoim miejscu naprzeciw Agathe. - Szczęśliwe poczęcie - odparła Amelie. - Pauline i Callum spodziewają się potomka. - Gratuluję - rzekł. Callum skinąl glową a Pauline wymamrotała ledwo słyszalne słowa podzękowania. - Moi kochani, cieszę się waszym szczęściem! - donośny glos Madame rozbrzmial nad stołem - Ale nie będziecie chyba wobec tego dalej gnieść się w tym zajeździe? Callum odchrząknął. - Nie chcielibyśmy nadużywac niczyjej gościnności... - zaczął. Madame skrzywila się jakby ugryzła cytrynę i przerwała mu machaniem ręki. - Callum, nie pleć dubów smalonych, bardzo cię proszę. Niczego nie nadużywacie. Pauline - spojrzala na wychowankę - jutro ty i twoj mąż zameldujecie się tutaj. Jasne? - Tak, Madame - odpowiedziala Pauline odruchowo, po czym opamiętala się - Ale, zaraz, dlaczego własciwie nikt mnie tu nie zapytal o zdanie?! Może i wyszlam za mąż, ale mózgu nie straciłam! - Brawo! - zakrzyknęła Martha. Thomas uśmiechnął się połgębkiem, w oczach zaiskrzyło mu rozbawienie. Wymienił nad stołem spojrzenia z ubawionym Erikiem. Agathe obserwowala go ukradkiem znad talerza z zupą. - To znaczy... - brnęła Pauline - Nie mam nic przeciwko zamieszkaniu tutaj, to znaczy na razie, chodziło mi tylko o zasadę... Slużąca zebrala talerze, a Józef wniósł pieczyste. - Skoro nie masz nic przeciwko to sprawa załatwiona - rzekla apodyktycznie Madame. - Jutro widzę was tutaj. Pieczeń wołowa okazala sie odrobinę niesłona, Agathe sięgnęła więc po solniczkę, wciaz ukradkiem popatrując na Thomasa. Zamiast na metalowy pojemniczek jej dłoń natrafila jednak na jego dłoń. - Przepraszam. - powiedziała. Chciala cofnąć dloń, lecz silne, szczupłe palce przytrzymaly ją. Thomas patrzył na nią przez stół uśmiechając sie niczym zadowolony kot. Agathe czuła delikatną pieszczotę jego palców muskających wnętrze jej dloni. Delikatne rumieńce wyplynely na twarz dziewczyny, oczy zalśniły. - Madame, momencik! - zawołal Pierre, wznoszac w górę dloń. - Skoro już mówimy o mieszkaniu... Musze coś wyznać. - Proszę..! - jeknęła Agathe pólgębkiem. Drapiezna twarz rozjasniła się uśmiechem. Thomas puścił powoli dłoń Agathe. - Pierre - powiedziala rownoczesnie Johanne. - Czy ja o czymś nie powinnam wiedzieć? De Chagny spuscił głowe tak bardzo że prawie wpadł do wlasnego talerza. - Bo widzisz Johanne, kochanie... - rzekł powoli - Rodzice mnie wydziedziczyli i wyrzucili z domu.
czwartek, 20 listopada 2008
Upiór w... Część 108
Thomas porwal Agathe na ręce i wyszedł z lazienki. Kopniakiem otworzyl drzwi sypialni. Zamknęły sie za nimi z trzaskiem. Postawil ją przy łóżku i niecierpliwie szarpnął zapięcie sukni. Trzasneły rozpinane haftki, suknia wylądowała na podlodze, za nią poleciał ręcznik z jego bioder. Poddajac się niecierpliwym pocalunkom Thomasa Agathe podrożowała dłonmi wzdłuż jego grzbietu aż po muskularne posladki. Czuła jego ciężar na sobie, słyszala coraz szybszy oddech, smakowala jego wargi i ciało. Gorset zerwany niecierpliwymi dłońmi sfrunął na posadzkę jak wielki biały ptak. Długie, silne palce Thomasa rozsuplały zwinnie troczek pantalonow Agathe. Zatrzymał się na moment i uniosl nad nią. Jego oczy lśniły drapieżnie i pożądliwie. - Co powiesz na to żeby wieczność zaczela się już dziś? - zapytał. Agathe spojrzała na niego, obrzuciła wzrokiem szczuple mocne ciało, imponujące w bezwstydnej nagości. Krew pulsowala jej w skroniach, ciało tętniło rozkoszą. Usmiechnęła się. - Jesli to jest wieczność, to chcę zyc wiecznie. - szepnęła. Zwinne palce zsunęły delikatnie bialą tkanine z jej bioder.
Wiatr targał stare dęby, wył w ich koronach i gwizdał w kominach Coeur de Chene. Mokry śnieg uderzal w okna i topniejac spływal po szybach. W gabinecie Erika bylo ciepło i przytulnie. Płomienie lapczywie pożerały bukowe bierwiona na kominku, oswietlając pokój miekkim, ciepłym blaskiem. Na stoliku stala butelka z płynem który zdawal sie niemal bursztynowy w świetle ognia i roztaczał wokół miłą woń miodu i ziół. Madame, wyciągnięta wygodnie na miekkiej tygrysiej skórze przed kominkiem czuła jak miłe ciepło pulsuje jej w żyłach, choc cała jej odziez lezała w nieładzie na sofie, fotelu i podlodze. Wsparta na łokciu Eve zapatrzyla się w płomienie, słuchając ich trzasku, stłumionego wycia wichru za oknem i glosu męzczyzny leżącego za nią. Erik ułożył się wygodnie na plecach, z rękami pod glowa i cicho nucił jakaś piosenkę, ciepłym, głębokim barytonem w którym drgała odległa mroczna nuta. Nagi, w miękkim świetle ognia wyglądał niczym grecka rzeźba, rzeźba której nie dokończono twarzy, pozostawiajac jedną jej stronę niekształtną. Madame westchnęła. - Martwisz się czymś - powiedział Erik. - Widze to. Jego palec zatańczyl na jej nagich plecach. - Nie wiem czy dobrze zrobiłam - powiedziala nie odrywajac spojrzenia od płomieni. - Może nie trzeba było jej tam zawozić. Obrócila sie na wznak. Patrzyl na jej drobne ciało, male piersi, płaski brzuch, czarę pępka wypelnioną cieniem. Czuł się tak szcześliwy ze mógly nie tylko nucic, ale i śpiewać na całe gardło, tak, jak nie spiewał od dawna. - Nie frasuj się, moja mila - pochylił się i pocalowal jej pępek. - Z Thomasem Agathe jest zupelnie bezpieczna. - Skąd możesz to wiedziec? Znasz go tak krótko... Przesunąl sie tak, że jego twarz znalazla się naprzeciw twarzy Madame. - Znam go dlużej niż myslisz - uśmiechnął się - Kilkanascie lat temu bralem lekcje fechtunku. Przychodziłem nocami do starego szlachcica, ktory przygarnął bezdomnego chłopaka, kilkunastoletniego wyrostka. Pocałował ją w usta. - Dzieciak cwiczył razem z nami. Był chudy jak patyk i zajadły jak wsciekły pies, mało mówił i trenowal jak opętany. Jednak powstało między nami coś... Ja wiem? Przyjaźń? Zapamiętalem jego oczy na zawsze i chociaz przez te lata się zmienił nie do poznania, wiedzialem że to on, od momentu kiedy go wyprowadziłaś z piwnicy, trzymając na muszce. Madame usiadła i znowu zapatrzyła sie w płomienie. - To dobry chlopak - szepnął siadając za nią. Objąl ją jednym ramieniem. - I naprawdę ją kocha. Przymknął oczy i zaczął spiewać.
Jadalnia w Chateau Mignon wrzala gwarem. Goście i domownicy zajmowali miejsca, przekomarzajac sie, śmiejąc i gadajac. - Siadajcie, kochani, siadajcie! - Madame przekrzykiwała rozhowor nad stołem. - Pierre, dobrze cię widzieć, jak tam rodziciele? - Nieprzejednani - odparł de Chagny, podsuwajac krzesło Johanne. - Nie wiem co to będzie. - Poplamiłaś atramentem moje papiery - syczała Martha do sadowiącej sie obok niej Darline - Będę musiala przepisywac od nowa! - Przepraszam... - jęknęła Darline - naprawdę byly takie wazne? - To był mój artykuł, mialam go zanieść do redakcji "Wiesci Calumeaux"! - pieniła się Martha - Mam im takie zmazy w atramencie oddać?! - Przepiszę ci, dobrze? Tylko sie już nie gniewaj... W drzwiach pojawiła się Pauline, wzburzona i z wypiekami na twarzy. Za nią szedł Callum, z zaciśnietymi szczękami i zyłą pulsującą na skroni.. - Mówilam ci że od zapachu lawendy mnie mdli! Co ci do łba strzeliło żeby sie larendogrą nacierac?! - syczała Pauline, siadając. - Wyrzucilem larendogrę. Czy mam spalic zajazd, czy wietrzenie pokoju wystarczy? - zapytał jej mąż jadowicie. - Coście tacy wściekli? - zapytał Erik ciskając niedbale stosik papieru nutowego na krzesło pod ścianą. Pauline łypnęła na Erika jednym okiem. Callum usiadł i niespodzianie prychnął śmiechem. - To nic takiego, dzień jak co dzień - powiedział smiejąc się od ucha do ucha. - Kochanie - powiedziala równoczesnie Madame, kleepiąc Erika po ramieniu - Weź te nuty stamtąd, ktoś na nich siądzie, albo co wyleje i będzie dramat. Jak lekcja? - Świetnie - odparła Amelie zza jej pleców. Madame podskoczyła leciutko. - Czy pojawianie się znikąd jest u was jakies rodzinne? - zapytała. Amelie roześmiała się. - Kto z kim przestaje takim się staje - odpowiedziała. - A lekcja była świetna, pan Erik jest genialnym nauczycielem! - A Amelie znakomitą uczennicą. - rzekł Erik, kontent i zarumieniony - Będzie naprawde wirlką śpiewaczką. Ogromny talent! Teraz na odmianę zarumieniła się Amelie. Upiór w... Część 107
- I
co? Coś ty taki szczęśliwy?- Pauline spojrzała na uradowanego
męża spode łba - Powiedział ci, że umrę w przeciągu następnych
dwóch miesięcy?
Lodowaty wicher niósł ulicami Calumeaux kłęby mokrego śniegu, targał drzewami i wył w kominach. Czcigodni obywatele miasteczka poszli już spać, nawet w oberży pogaszono światla, a ostatni pijaczek dawno zdażył już dotrzec do domu. Wiatr ciskał śniegiem w tarczę zegara na ratuszu, pstrząc ją białymi kropkami i oblepiając wskazówki które wlaśnie miały się spotkać na godzinie dwunastej. Ktoś jednak jeszcze czuwał. W jednym z okien stojącego przy bocznej uliczce domu komisarza policji paliło się światło. Thomas z ulgą wyciągnąl się w wannie, zaplatając ręce za głową. Nie było nic lepszego niż porządna gorąca kąpiel, zwlaszcza jeśli się spędziło poł nocy jadąc wśród śnieżycy. Oparł długa, muskularną nogę o krawedź wanny i przymknął oczy. Rama okna zatrzeszczała pod naporem wichru, który jęczał i zawodził na zewnątrz, ale w łazience było ciepło i przytulnie. I bezpiecznie. Martinet napalił wcześniej solidnie w piecu, Sabine przygotowala swieże ręczniki i położyla na wannie kostke pachnącego mydła, wszystko czekało tylko na Thomasa. Uśmiechnął się z zadowoleniem. Nawet baron Ducau nie miewal lepszej obsługi. Gdzieś w głębi domu trzasneły drzwi. Lekkie kobiece kroki rozbrzmiały w korytarzu, zbliżając się ku łazience. Thomas otworzył oczy. - Sabine? Kroki ucichły tuż przed drzwiami lazienki. Thomas wyszedł z wanny, ociekając wodą. Jego cialo było napięte, spojrzenie pełne czujności. Wiedział że ta suka nie mogla uciec, nie było ucieczki z miejsca w którym ją uwięzili. To nie mogła być ona. Owinął biodra ręcznikiem, potem wziąl pistolet leżacy na krześle. - Sabine? - powtórzył. Odbezpieczył broń. Klamka się ugięła. Thomas podszedł kocim krokiem ku drzwiom. Stanąl przy scianie. Szare oczy przybrały barwę stali. Zamek szczęknął i drzwi otworzyły sie powoli na zewnątrz. Jednym błyskawicznym ruchem Thomas znalazl sie w progu, mierząc do tajemniczego intruza. - Możesz przestać we mnie celować? - zapytała Agathe z dezaprobatą. Thomas opuścił broń, mięśnie jego ciała rozluźniły się. - Myslałem że to ona. - powiedział cicho. - Jak mnie tu znalazłaś? - Znajdę cię wszędzie, Thomasie Bonner - Agathe postąpila ku niemu, w jej oczach tanczyły jasne światełka. - Pamietaj o tym. Uśmiechnął sie kątem ust. - Nie odzywaleś sie do mnie przez dwa tygodnie - rzekła z naganą. - od czasu kiedy ją... zamknęliśmy. Thomas odwrócił się i podszedł do krzesła. Agathe patrzyla na grajace pod skórą mięśnie jego grzbietu. Odłożył zabezpieczoną broń na schludny stosik odzieży. - Nie wiedziałem co ze mną będzie. - powiedział. - Wyrzucili mnie z Surete, malo brakowało a wróciłbym na ulicę. Tylko dzięki znajomościom Madame znalazłem się tu. Odwrócil się i spojrzał na nią. - Co mogłbym ci wtedy dać? Czlowiek bez pracy, domu i okryty hańbą? - w jego oczach ból mieszał się z gniewem i miłością. Agathe podeszla do niego, blisko, bardzo blisko i połozyla obie dłonie na jego piersiach. Objął ją. - Dobrze wiesz że poszlabym za tobą nawet gdybyś miał żebrac w rynsztoku. - powiedziala. - Dobrze wiesz - jego głos był niski i aksamitny - że nie moglbym ciebie na coś takiego skazać. Pochylił się, Agathe widziala nad sobą jego lśniące oczy. Przymknęła powieki. Wargi Thomasa przywarły do jej ust, gorące i zachłanne. - Nie mozemy... - szepnął Thomas, przerywajac pocałunek. - Musisz isc do domu. - Madame wie - powiedziała Agathe gdzieś w pierś Thomasa, wciągajac głęboko w nozdrza jego zapach. Uniosła głowe i spojrzala mu w twarz. - Nie musisz sie martwic o swoją dobrodziejkę. - powiedziała. - Sama mnie tu przywiozła.
środa, 19 listopada 2008
Upiór w... Część 106
Ledwie Madame i dziewczęta zjawily się w Chateau, Henri zaczął wypytywać o minione wydarzenia. Eve zrelacjonowała mu rozwój wypadków, na tyle na ile mogła, udzielajac wyjaśnień dość skąpych w szczegóły, przyjętych jednak przez brata z wielkim zainteresowaniem. Mathilde trwała zasadniczo we wrogim milczeniu, mamrocząc tylko coś o związkach z pajacami i kryminalistami, oraz o rozwydrzonych pannicach. Zaraz tez zaczeła się pakować, żądając od męza natychmiastowego powrotu do domu. Mial tu miejsce przykry incydent, bowiem pani Duegne stanowczo odmówiła zabrania ze sobą służącej Sabine, twierdząc że odpowiednim miejscem dla takiej niebezpiecznej furiatki jest "ten dom wariatów", jak okesliła Chateau Mignon. Duegne wyjaśnił później siostrze, że Sabine próbowała uspokoić rozhisteryzowaną Mathilde, uderzajac ją w twarz, żona jednak nie dała się przekonać co do słuszności postępku dziewczyny i wyrzuciła ją na bruk. Madame pozwolila dziewczynie zostac tymczasowo w Chateau, twierdząc że jakas praca dla niej na pewno sie znajdzie. I w rzeczy samej, rychło okazalo sie że komisarz Lebronne odchodzi na emeryturę i wyprowadza się na drugi koniec Francji, a jego następca pilnie potrzebuje służby.
Pierre pisał codziennie, donosząc o nieugietym stanowisku swych rodziców co do jego ślubu z Johanne. Matka zaczęła grozic mu wydziedziczeniem, jednak Pierre byl dobrej mysli pewny ze jesli tylko zdobędzie odpowiednią ilośc gotówki rozkręci swoją hodowlę i uniezależni się od rodzinnej fortuny. Johanne nie podzielała jego optymizmu, postanowiła jednak wytrwać przy de Chagnym niezależnie od wszystkiego.
Agathe snuła sie markotnie po Chateau, z zazdrością spoglądajac na gęsto kursującą między Johanne a jej narzeczonym korespondencję, Thomas bowiem nie dawał żadnego znaku życia, nie pisząc ani do niej, ani do Amelie, ani do Erika. Amelie utrzymywala że to jego normalne zachowanie i odezwie się kiedy przyjdzie na to czas. Sama świetnie zaaklimatyzowała się w Chateau, zjednując sobie od razu serca dziewcząt, a Erik, odkrywszy iż dysponuje ona znakomitym sopranem i uwielbia śpiewać, z zapałem przystapił do udzielania jej lekcji w tej materii.
Mlodzi panstwo Sinclair zatrzymali się w zajeździe w Calumeaux, nie chcąc nadużywać, jak mówił Callum, gościnności Madame...
Callum
z determinacją rzucił się na łoże, po czym odetchnął z ulgą,
ściągnąwszy z siebie ostatnią część zbędnej garderoby.
-
Niedługo wrócę - rzekł Callum, wciągając surdut
Upiór w... Część 105
Szare oczy rozbłysły gniewem. Jednym szarpnięciem Thomas zdarł czerwony jedwab z ciała kobiety. Wyprostowala się dumnie, jej krągle piersi zakołysaly się, mleczna skóra polyskiwala perłowo w blasku świecy, kontrastując z opuchniętą, posiniaczona twarzą. - Przyznaj się Bonner - powiedziała drwiąco - stanął ci. No dalej, zerznij mnie, wiem że tego pragniesz! - Gowno wiesz. - odparł uprzejmie Thomas. - Mam dla ciebie nową kreację. Podniosl z pryczy szare zawiniątko i rozwinął. - Wlosiennica. Ostatni krzyk mody w tych stronach - rzekł, podając ubranie Aglae. -Radzę ci, włóż po dobroci, albo złamię ci rękę. Nie dostaniesz tu morfiny, pamiętaj. Obrzuciła go wściekłym spojrzeniem, ale wciągnęła na siebie włosiennicę, krzywiąc sie gdy szorstka tkanina drapała jej delikatną skórę. Matka przełozona podala Thomasowi nożyce. Musnął dlonią czarne loki Aglae, po czym chwycił jedno pasmo. - Wciaż tak samo czarne - wyszeptał - Ojciec się nimi zachwycał... Szczęknęły nozyce. Hebanowe loki jeły opadac na posadzkę u stóp Aglae i osadzac się na włosiennicy. - Zaprawa gotowa - zakomunikował Erik z korytarzyka. - Możemy zaczynać? -
Jeszcze chwila - powiedział Thomas, pryglądajac się własnemu
dziełu. - Spotkamy się w piekle, Thomas. - rzekła niskim gardłowym glosem. Erik
chlapnął zaprawą i ułożył pierwsze kamienie. Callum i Pierre
podawali następne. - Przeklinam cię Bonner - opetancze wycie rozbrzmiało zza rosnącego muru w drzwiach celi. - Przeklinam kazdy twój dzień, przeklinam wszystko co kochasz i błogoslawie to czego nienawidzisz! Przeklinam cię Thomasie Bonner! Aglae wyla, klęła, śmiała się i szlochała na przemian. Ostatni
kamień znalazl swoje miejsce w murze. Tylko niewielki otwór
lączyl teraz celę Aglae ze światem. - Dziękuję - powiedział. - Co teraz matka zrobi? Zakonnica podniosła głowę. Ciemne oczy, pelne odległej melancholii, przeniknęły Thomasa Bonnera na wylot. -
Będe się modlic za jej duszę. - rzekła z prostotą.
Opustoszałymi
ulicami Paryża wędrowal samotny człowiek. Niski, korpulentny, w
dłoni ściskal flaszkę, do połowy wypełnioną bezbarwną cieczą
i podążał chwiejnym krokiem w sobie tylko znanym kierunku,
zataczajac sie od rynsztoka do rynsztoka.
Callum i Pauline dolączyli do nich, Pierre'a jednak zatrzymały w Paryżu jakies interesy, Thomas zaś, pozegnawszy się grzecznie z wszystkimi, po prostu zniknął.
|
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||