Fanfic- ciąg dalszy Upiora w Operze . Lepszy niż u Webbera i Forsytha!
piątek, 28 listopada 2008
Upiór w... Część 114
Po
chwili Erik usiadł obok Madame smiejąc sie szeroko. Eve wytrząsnęła
śnieg z ucha i zaczeła się podnosić.
-
Ale wiesz, Trouve, że to oznacza wojnę? - zapytała groźnym basem.
Coś
świsnęło w powietrzu i śnieżna pecyna roztrzaskała sie na czole
Erika.
-
Niech no ja cię dopadnę...! - wrzasnąl zrywajac sie z ziemi.
Eve,
chichocząc i pokrzykując lawirowała wsród krzewów.
-
Najpierw mnie zlap! - krzyknęła, ciskając w Erika kolejną pigulą.
Tym razem chybiła, za to trafil Erik. Bryła śniegu roztrzaskala
sie o ramie Madame.
-
Dogonię cię! Zobaczysz! - zagrzmiał.
Madame
rzucila sie do ucieczki, śmiejąc się jak dziecko, Erik porykując
puścił sie w pogoń.
-
Mam cię! - Erik chwycił ją za kołnierz.
W
tym momencie Madame pośliznęła się i oboje potoczyli sie po
ziemi.
-
Już mi nie uciekniesz - szepnął Erik obejmujac Eve. Pocałował ją
w usta. Grudka topniejącego śniegu zaplątała mu się we włosy
nad czolem.
-
Ani myslę - odparła Madame, uśmiechając się.
Erik
wstał i podał rękę Eve.
-
Tak sobie myślę - rzekł, spoglądajac przed siebie - Że mam dla
ciebie prezent.
-
To połóż go pod choinką.
-
Nie - rzekł nieoczekiwanie poważnie. - Dam ci go tu i teraz.
Sięgnął
do kieszeni i wyjął z niej małe pudełeczko.
-
Noszę go przy sobie od października, tylko brakło mi odwagi...
Eve
wzięła pudeleczko z rąk Erika. W środku był zloty pierscionek z
oczkiem w ksztalcie kropli, wykonanym z pięknego, czystego granatu.
Madame zapatrzyla sie w jego purpurową głębię.
-
Eve - rzekl Erik uroczyście - Czy ty... Czy zechcesz... Bo może
znudziło ci sie już nazwisko Corbeau... i w ogole skoro już razem
mieszkamy...?
Zarumienil
się.
Eve
spojrzala w jego oczy, zielone niczym szmaragdy, wypełnione miłością
i lękiem. serce walilo jej jak mlotem.
-
Tak! - rzekla Madame z mocą. - Zostanę twoją żoną!
Włożyła
pierścionek na palec.
Erik
wydał z siebie dziki okrzyk radości, po czym porwal narzeczoną w
ramiona i jął z nią wywijac szalonego walca po parku.
-
Już! Dosyć! - piszczała Madame - W głowie mi się kręci!
Zatrzymali
się.
-
Poza tym - powiedziała Eve - trzeba ubrac Don Bałwano.
Wyjęła
z kieszeni kląb czarnej tkaniny zabrany z oranżerii i pomachała
Erikowi przed oczami.
-
No tak. Nie możemy go pozostawic gołego - rzekł Erik udajac
powagę.
Podeszli
do bałwana. Eve rozprostowała czarną tkaninę, która
okazala się starym fartuchem i zarzuciła ją balwanowi na ksztalt
peleryny, wiążąc mu tasiemki pod śniegową brodą.
-
Teraz nasz Don Balwano jest kompletny. - powiedziała.
Erik
pocałował ją w usta.
-
Co powiesz na gorącą kąpiel? - zamruczal - Zmarzłem cokolwiek.
-
Natychmiast idziemy do domu! - skomenderowala Madame. - Umrę jesli
sie nie wykąpię!
Peleryna
don Bałwano dumnie łopotała na wietrze.
KONIEC
Upiór w... Część 113
23
grudnia 1872. Coeur de Chene.
Rano
zaczął padac śnieg i juz wkrotce wszystko było spowite w biel.
Ogród i park przeistoczyly się w koronkową bajkę, której
splot tworzyly oblepione bialym puchem gałązki drzew i krzewów.
Nawet konary sędziwych dębów zostały obrysowane bielą. Po
poludniu wszystko wydawało się czyste i poważne, tylko dwie
uganiające ze śmiechem po ogrodzie postacie ploszyly dostojeństwo
chwili.
A
śnieg wciąż prószył.
Zadumana
Pauline przyglądala sie bialemu swiatu przez salonowe okno, jedna
ręką huśtając leżące w kołysce niemowlę.
-
Hej, wicehrabino de Joigny! - Martha wkroczyła dziarsko do salonu.
-
Ciiicho! - syknęla Pauline - Isabelle dopiero co się uspokoiła!
-
Przepraszam! - wyszeptała Martha konspiracyjnie.
-
Ma straszne kolki. - Pauline popatrzyla tkliwie na malą twarzyczkę
wśrod bialej pościeli - Erik jej śpiewal przez cały ranek. To
jedyne co ją uspokaja.
Spojrzała
na Marthę.
-
Kiedy przyjechalaś?
-
Dopiero co. Zostawilam bagaże w Chateau i od razu kazalam się wieźć
tutaj. - Pochyliła się nad kołyską - No, usmiechnij się do
cioci! Zobaczysz, kiedy podrośniesz, ciocia zadba zebyś poszła na
studia, jak ona i zostala sufrażystką.
Polaskotala
malą pod bródką.
-
Wielka sufrażystka Martha Poussin - prychnęla Pauline. - Uwazaj
żeby cię ze studiów nie wyrzucili, albo i nie aresztowali.
- A
wielka, wielka - odparla spokojnie Martha. - I skonczy literaturę, i
zostanie pisarką i dostanie Nobla. Kobiety muszą walczyć o swoje
prawa, nikt ich im nie da w prezencie.
- Niezwlocznie
zakomunikuję Callumowi że jest wrednym ciemiężcą i zasluguje
żeby go wychłostac - rzekła Pauline.
-
Uważaj, bo mu się jeszcze spodoba - zaśmiała sie Martha. - A
właśnie, gdzie to nasi mężczyźni?
-
Callum i Pierre pojechali po choinkę, a Erik biega po parku z
Madame.
- A
pan komisarz?
-
Pan komisarz i jego malżonka ciągle jeszcze bawią w podróży
poslubnej. W Transylwanii, nie wiem gdzie to jest, gdzieś na końcu
świata chyba, Thomas ma tam podobno krewnych. Święta spędzą na
zamku Bran, tak przynajmniej pisała Agathe.
-
A! - Martha zamachala rekami - zderzylam się w chateau z Anette.
Zaraz tu powinna byc, przyjaechalla tuż po mnie. Sluży jej ta
szkoła pielęgniarska jak diabli. Zmęzniała i zważniała, już
nie jest taka płocha jak kiedyś.
-
Już zapomniała o wybrylantynowanych przystojniakach? - zachichotala
Pauline.
-
Co ty, taki teraz nawet do niej nie podejdzie a ona już mu kręgosłup
łamie. Ostra sie zrobiła. - odparła Martha wesoło.
Nagle
spoważniała.
-
Przypomnial mi sie ten caly... wypadek Darline. Ona się chyba nigdy
nie pozbierała tak do końca.
-
Czy ja wiem? - Powiedziała z wahaniem Pauline. - Zmienilo ją to, na
pewno. Inacej spojrzala na wiele rzeczy. Wiesz ze chce iść do
klasztoru? Do kamedułek. Regularnie odwiedza Matkę Eugenię.
Martha
wytrzeszczyla oczy.
-
Darline chce sie zamknąć tam gdzie siedzi ta diablica?!
Pauline
pokręcila głową.
-
Ona nie żyje. Przegryzla sobie żyly w rękach.
-
No i ma na co zasłużyła, oby ją smażyli w piekle. - Martha
zamyslila się. - Do Darline klasztor nawet pasuje. Zawsze była taka
czysta i niewinna.
-
Nie wyobrażam sobie czegoś takiego. Cale życie w celibacie? -
powiedziała Pauline ze zgrozą.
Martha
zaczęla się śmiać.
-
Jako cnotliwa panienka powinnam sie zgorszyć, ale ponieważ
sufrażystki żądają równouprawnienia i w tej dziedzinie...
Wybuchly
smiechem.
- A
co u Johanne i Amelii? spytala Martha ocierając łzy radości.
-
Amelia ćwiczy, ćwiczy i jeszcze raz ćwiczy, bo będzie na wiosnę
koncertować. Pierre ma znajomości i zorganizowal jej tournee. Erik
jest wniebowzięty, mówi ze ona zostanie gwiazdą. A
Johanne... Pilnuje żeby interes Pierre'a się kręcił. Stajnie już
stoją, tor wyścigowy też, Pierre kupuje konie, a żona mu doradza.
Teraz utknęła w kuchni i sztorcuje slużbę.
-
Cala Johanne- powiedziała Martha. Spojrzała w okno - Zobacz co oni
tam robią! Ja dobrze widzę?
Pauline
wyjrzala.
-
Madame i Erik lepią bałwana. -rzekła, chichocząc.
Erik
postawił śniezną brylę na drugiej, większej, i poklepał ją z
zadowoleniem.
-
Głowa gotowa! - zawolala Madame. Posapując przyniosła śniegową
kulę i podała ją Erikowi. Ten osadził bryłę z namaszczeniem na
wlaściwym miejscu.
-
Pięknie - rzekł - nasz bałwan prawie gotów. Tylko jeszcze
jeden szczegół...
Wyjął
zza pazuchy czarną maskę i nałożyl ją bałwanowi na głowę.
-
Don Bałwano Trrrriumphant...- zanucił.
Madame
przyjrzala się śnieznej postaci krytycznie.
-
Czegoś mu brakuje. Stanowczo. - powiedziała. - Zaraz wracam!
Popedzila
co sił do oranżerii.
Erik
patrzył za nią z uśmiechem. Po chwili coś mu zaświtało w
głowie. Podkradł się pod oranżerie i zaczaił się przy drzwiach.
Madame
wyszla z oranżerii, trzymajac w dłoni coś czarnego.
-
Haaa! En garde! - ryknął Erik wyskakując z ukrycia z garściami
pełnymi śniegu. Natarl na Madame, ktora zaczeła przeraźliwie
piszczec i zaczął nacierać jej śniegiem wlosy i policzki.
Przewrócili sie na ziemię.
Upiór w... Część 112
Z
niejakim wysilkiem i nie bez wydatnej pomocy Marthy udało się
przekonac przedstawiciela miejscowej prasy żeby nie wzywał
fotografa. Martha wytłumaczyła redaktorowi że pan Trouve, z uwagi
na rany twarzy jakie odniósl w czasie wojny krymskiej, z
zasady się nie fotografuje. Jednak, dodała, na pewno bardzo chętnie
udzieli jej wywiadu, na wylaczność dla gazety pana redaktora. Tak
ułagodzony dziennikarz dał sie bez trudu wyprosic z domu,
pozostawiając Erika w spokoju.
Wieść
o bohaterskim wyczynie pana Trouve rychło obiegła całą okolicę,
usuwając w cien poprzednie sensacje. Opowiadano sobie, kiwajac głową
z uznaniem, o odwadze jaką ów dżentelmen wykazywal w czasie
wojny, a którą przypłacił tak straszliwym okaleczeniem.
Podobno, głosiła plotka stugebna, pan Trouve ratował rannych
towarzyszy broni z płonącego statku podczas oblężenia Taganroga,
parząc sobie przy tym dotkliwie twarz. Nie mozna było tak zacnego
człowieka, który naraza własne życie by ocalić innych,
posądzac o jakieś plugastwa, przeto uformował się pogląd że
musiał istniec jakiś wazny powód dla którego Madame
Corbeau wprowadziła sie do Coeur de Chene. Biedny pan Trouve,
kawaler, żolnierz i artysta na gospodarstwie się nie znał, a
wiadomo, jak służby nie dopilnujesz to rozpuszczą się jak
dziadowski bicz. Oczywistym jest zatem że ktoś musiał pomóc
i Madame takiej właśnie sąsiedzkiej pomocy mu udzielała.
-
To tyle na dziś, moja droga - rzekł Callum, odkładając mały
tomik na szafkę nocną - Idź już spać, jest dość późno...
- Callum, nie jestem małą dziewczynką, więc przestań mnie
tak traktować! - oburzyła się Pauline - "Idź spać",
"jest późno", "ostrożnie", "uważaj",
na litość boską! Sinclair uniósł kieliszek do ust i
upił łyk czerwonego wina, jednocześnie patrząc na żonę z
rozbawieniem - Z czym ci tak do śmiechu? - zmierzyła go
wzrokiem - Z niczym - ponownie wyszczerzył zęby w uśmiechu, po
czym pocałował ją w usta - Jesteś w ciąży... - Brawo -
odrzekła Pauline, i odwzajemniła pocałunek - Czy w związku z tym
mam... Przerwało jej głośne pukanie do drzwi. - Proszę.
Uchyliły się i do pomieszczenia cichym krokiem wkroczył Józef.
W rękach trzymał srebrną tacę, na której leżała koperta.
Callum dostrzegł znajomą pieczęć rodową. - List do pana,
panie Sinclair - rzekł służący - Dziękuję - wziął kopertę
do ręki, a Józef zniknął za drzwiami.
- To od
rodzicieli - lekko zdziwiony zaczął czytać - I co takiego
niezwykłego tam napisali? Wszystko w porządku? - zapytała Pauline
po chwili, widząc, jak mąż wytrzeszcza oczy ze zdumienia - Callum?
- O cholera... - Co? Wręczył jej pismo w dłoń.
Pauline zaczęła czytać na głos:
"Drogi synu!
Otrzymałem niedawno list od pewnego adwokata, nazwiskiem Dupres.
Wyobraź sobie, on twierdzi, że przysługuje nam tytuł hrabiowski!
Twojego praszczura Rory MacDonalda uczyniono hrabią w nagrodę za
jakieś zasługi, jednak jego francuscy potomkowie wymarli i
spadkobiercą zostałem ja. Ponieważ jednak za stary jestem żeby
się ruszać z rodzinnej Szkocji, Tobie zlecam abyś się zajął tą
sprawą. Już odpisałem Dupresowi, każąc mu skontaktować się z
Tobą. Mam nadzieję że nie odziedziczyłem żadnych długów.
Bądź
zdrów i opiekuj się żoną, Ojciec."
-
Czy ja dobrze rozumiem? - ucieszyła się Pauline - Tytuł
hrabiowski!
Był
słoneczny poranek pod koniec września. Zaspany i rozczochrany Erik
w szlafroku przyczlapał do jadalni i niemrawo klapnął za stolem.
-
Gdzie pani, proszę pana? - zapytał kamerdyner, stawiając na stole
imbryk z kawą.
Erik
podsunąl sobie imbryk i napelnił filiżankę.
-
Pani? - wymamrotal - Jeszcze się ubiera, a czemu pytasz?
-
Przyslali z Chateau. - rzekł slużący. - pani Sinclair urodziła w
nocy.
Erik
otrzeźwial w mgnieniu oka.
-
Urodziła?!
Pochłonąl
kawę jednym haustem i zerwal sie z krzesla.
-
Eve!!! - ryknął, pedząc po schodach do góry. - Pauline
urodziła! Ubieraj się, szybko! Mamy dziecko! To znaczy, ona ma
dziecko!
Przez
bramę Chateau Mignon wpadł niczym kula armatnia rozpędzony
brougham. Zanim Erik ściągnąl konia Madame miała wrażenie że
wpadną przez drzwi do hallu i wyhamują dopiero na schodach.
Szczęśliwie zatrzymali się na podjeździe. Erik rzucił lejce na
kozioł i popędził do srodka, za nim zaś Madame.
W
hallu powital ich rozpromieniony Callum.
-
Widzialem że zajechaliście... zaczął.
-
Gratuluję, Callum! - Erik klepnął go w ramię, niemal zwalając z
nóg.
-
Uch... Dziekuję - odpowiedział młody ojciec.
-
Jak się czuje Pauline i dziecko? - zapytala Madame.
-
Świetnie! - powiedział Callum - wszystko tak szybko poszło, nie
chcieliśmy juz was turbować po nocy... Doktor ledwo zdążył!
Chodźcie, to je zobaczycie!
Poszli
za nim na piętro. Pauline lezała w łózku w dawnej sypialni
Madame, na rekach zas trzymala niemowlę w beciku.
-
Nie przeszkadzam? - zapytał Callum. - Masz gości.
-
Madame! Erik! - ucieszyla się. - Zobaczcie, to jest Isabelle.
-
To dziewczyna? - zapytał Erik.
- A
co! - zaśmiała się Madame. - Kobiety górą!
Pauline
usmiechnęła sie szeroko. Erik przygladal sie z fascynacją małej
pomarszczonej twarzyczce w jej objęciach.
-
Moze weźmiesz ją na ręce? - Pauline podała niemowlę Erikowi.
-
Nie! - cofnął się. - Ja... Jeszcze jej coś zrobię niechcący.
Lepiej nie.
-
Przesadzasz - Madame poklepała go po ramieniu. - Nie jest z
porcelany. Poradzisz sobie.
Erik
wahał się jeszcze przez chwilę. Podszedł do Pauline i wziął od
niej ostrożnie Isabelle.
Zamglone
niebieskie oczka spojrzały na niego. Malutka rączka uniosła się i
dotknęła jego twarzy.
-
Ga - powiedziala Isabelle.
Erik
rozesmial się. Poczul jak w zetknięciu z ta delikatną istotką coś
w nim topnieje. Spojrzał na Eve. Uśmiechała się.
Pewnego
październikowego dnia na adres jednej z paryskich oper przyszła
niewielka paczka.
-
Madame Giry! - rzekł sekretarz, wchodzac za kulisy - To dla pani!
-
Niechże pan nie krzyczy! - skarcila go Giry. - Mamy próbę!.
-
Przepraszam! - zaszeptał skruszony sekretarz. - Przesyłka dla pani!
- rzekł wręczajac jej paczkę.
Orkiestra
zagrzmiała muzyką. Jednym okiem popatrując na uwijające się na
scenie baletnice, madame Giry otworzyła paczkę. Brązowy papier
pakowy spłynął na podłogę.
W
środku było male pudeleczko i list. Giry otworzyla je i poczuła że
nogi się pod nia uginają. Złapala się jedną ręką dekoracji,
czując ze zaraz zemdleje.
W
pudeleczku lśnił wielobarwnymi skrami brylantowy pierścionek
Christine Daae, ten sam ktory oddała kiedyś Upiorowi.
Madame
Giry odzyskała nieco równowagi i rozdarla kopertę. Kartka
pokryta była znajomym charakterem pisma.
"Droga
Madame!
Chcialbym
aby wzięła Pani ten pierscionek na przechowanie. Kiedy Christine
umrze, proszę żeby pani, lub pani córka, Meg, położyła go
na jej grobie, wraz z pojedynczą czerwoną różą,
przewiązaną czarną wstążką. Niech to będzie ostatnia przysluga
oddana przez panią Upiorowi.
Dawny
D. O."
Madame
Giry schowala troskliwie pierscionek wraz z listem w jedwabnej
torebce przy pasku.
Upiór w... Część 111
Po
wyprowadzce Madame do Coeur de Chene, senne miasteczko jakim było
Calumeaux zawrzało od plotek. Plotkowano wszędzie w sklepie, przed
kościołem, na spotkaniu pań na plebanii. Ludzie nie mogli się
nadziwić że szanowana wdowa przeprowadziła się, ot tak, do domu
kawalera. Toż to nie godzi się, tak żyć w grzechu i rozpuście.
Szeptano ze zgrozą że żyją ze sobą zupełnie jak mąz z
żoną, a jakie tam sprośności się odbywają, to i strach nawet
mówić. Kręcono głowami nad postepkim obojga, no bo rozumie
się, to naturalne że mężczyzna ma kochanki, ale żeby tak jawnie?
Wprowadzić pod swój dach kobiete z towarzystwa i obrócić
ją w ladacznicę? Tego jeszcze nie bywało.
Drzemiący na
kanapie w salonie Erik gwaltownie rozbudził się. Książka leząca
na jego piersi zsunęła się z trzaskiem na podłogę. Przetarł
oczy i usiadł.
W
hallu zabrzmiała kanonada szybkich kroków oi do salonu wpadla
Madame. Policzki miala zarumienione, nozdrza rozdymał gniew. - A
niech to! - wykrzyknęła, ciskając torebkę na fotel.
-
Co się stało?
-
Powiedzmy ze status miejscowej Marii Magdaleny niezupełnie mi służy.
Madame
krażyła nerwowo po pokoju. Przystanęła na chwile przy kominku,
podniosla stojąca na gzymsie porcelanową figurynkę, spojrzała na
nią i odstawiła. Przemaszerowała w drugi koniec pokoju, otworzyła
klawiature fortepianu i z nieobecnym wyrazem twarzy nacisnęła jeden
klawisz. Czysty wysoki dźwięk uniósl się w powietrze.
- I
tym się tak denerwujesz? - zielone oczy z uwagą sledziły
poczynania Eve. - Przeciez wiedziałaś ze tak będzie.
Madame
opadła na stolek przy instrumencie.
-
Tak, wiedzialam. I co z tego? Irytuje mnie to. Spojrzenia, szepty za
plecami... Ugh. Pokręciła glową.
-
Nie przejmuj się tą bandą bigotów i niewyżytych starych
pudeł. - rzekł łagodnie Erik. -Zobaczysz, poplotkują i przestaną
jak tylko znajdzie się inny temat. - Poza tym - rzekł wstając
z kanapy - jest mi z tobą tak dobrze, że guzik mnie interesuje
gadanie ludzi.
Podniosl
Eve i posadził ją na klawiaturze, siadajac jednoczesnie na stołku.
Fortepian wydal z siebie dziwaczny, nieharmonijny dźwięk.
-
Oszalał! - zawolała Madame wznosząc oczy do nieba w wyrazie
fałszywej zgrozy.
Erik
polożył obie dłonie na jej udach. Usmiechnął sie szatańsko.
-
Tak Madame, oszalalem. Kompletnie i nieodwolalnie postradałem rozum
na pani punkcie - rzekł. - I zadne małomiasteczkowe plotkary tego
nie zmienią chocby ich imię było Legion.
Śmiejąc
się, pogłaskała go po głowie.
-Nie
będą nam dyktować jak mamy żyć. - szepnął i z czułością
pocałował ją w usta. Madame odwzajemniła pocałunek. -
Masz rację. Zresztą mamy teraz inne ważniejsze rzeczy na głowie.
Nie będę się tym przejmować.
Wątłe
promienie zimowego słońca przedzierały się przez gałęzie
nagich, pozbawionych liści drzew. Cieńka warstwa białego puchu
otuliła ziemię, samotny płatek zawirował w powietrzu, po czym
leniwie opadł na glebę.
Madame,
Erik, Callum z żoną oraz Martha właśnie minęli grupkę
roześmianych dzieci, bawiących się tuż koło rzeki, zupełnie nie
zważając na niebezpieczenstwa związane z czarną, lodowatą wodą.
Pauline przyglądała im się uważnie, zupełnie nie zwracając
uwagi na dyskusje dotyczące spraw gruntu. Niewiele ją to zresztą
obchodziło, wtuliła się więc mocniej w bok męża, i pogrążyła
we własnych myślach.
- A
co ty myślisz, Eriku? -zapytała zaciekawiona Martha
Jego
odpowiedź zagłuszył przenikliwy krzyk, dochodzący skądś zza ich
pleców. Wszyscy odwrócili się w tamtą stronę. Grupka
dzieci na brzegu rzeki porzuciła zabawę, przypatrując się czemuś
w jej ciemnym nurcie z przerażeniem w oczach. Obok szlochała mała
dziewczynka. -Na pomoc! On tonie! Mate wpadł do rzeki! -
krzyczała we łzach. Callum wyrwał się z objęć małżonki i
ruszył w tamtą stronę, Erik jednak okazał się szybszy,
ściągnąwszy uprzednio płaszcz rzucił się w odmęty rzeki. Tłum
gapiów zebrał się nad brzegiem, obserwując poczynania
mężczyzny. Wśród nich przerażona Martha, Pauline, Madame i
Callum. Mała dziewczynka wciąż płakała, wołając brata i
jednocześnie rozglądając się po zgromadzonych, w poszukiwaniu
matki. Jej szloch zagłuszały liczne szepty i zlęknione okrzyki
obserwatorów. Woda była paraliżująco zimna, początkowo
odebrało mu dech w piersiach, stracił orientację. Po chwili jednak
opanował się i wzrokiem omiótł powierzchnię w poszukiwaniu
dziecka. - Wszystko będzie dobrze, nie płacz już - Pauline
poczuła jak żal ściska jej serce na widok płaczącego dziecka,
jednocześnie z przerażeniem spoglądała w stronę rzeki - Wszystko
będzie dobrze... - dziewczynka chwyciła ją za rękaw sukni, i po
chwili wtuliła głowę w pierś kobiety, wciąż szlochając.
Dostrzegł go, chłopiec miotał się w wodzie, wymachując
obiema rękoma w górę. Erik nabrał powietrza do płuc i
popłynął w jego stronę, zmagając się z prądem rzeki. Dziecko
na przemian znikało pod wodą i wypływało na jej powierzchnię. W
końcu udało mu się, znalazł się na tyle blisko, że był w
stanie go chwycić, i wykorzystał tę okazję. Ostatnimi siłami
podpłynął bliżej brzegu. Obce dłonie chwyciły go i wyciągnęły
na ląd.
Tłum
rozstąpił się nieco, trzech rosłych mężczyzn ułożyło Erika i
nieprzytomnego chłopca na wilgotnej glebie, po czym oddalili się.
Eve podbiegła do ukochanego i uklękła przy nim, Pauline i Martha
stanęły obok, lekko zdezorientowane. Callum zaś zajął się
sprawdzaniem stanu dziecka. Po chwili zastanowienia przewiesił sobie
chłopca przez kolano, głową w dół, tym samym wylewając mu
wodę z płuc. Chłopak otworzył oczy i zaczął kaszleć, zaraz też
znalazła się przy nim siostra, krzycząc z radości. Sinclair podał
chłopca Marthcie, a sam pomógł Erikowi podnieść się z
ziemi, przy okazji prosząc o pomoc kilku przypadkowych mężczyzn.
Któryś ściągnął płaszcz i zarzucił na plecy
szczękajacego zębami Erika. W pośpiechu ruszyli w stronę
miasteczka.
- Trzeba ich jak najszybciej zabrać w jakieś
ciepłe miejsce... - rzekła Madame, nerwowo rozglądając się po
zebranych ludziach - Do Chateau... nie zdążymy.
Wtem przez
zgromadzonych zaczęła przeciskać się zdyszana kobieta ze łzami w
oczach, krzycząc przeraźliwie - Mate! Claudette! Na miłość
boską! - podbiegła do Marthy i wyrwała syna z jej rąk - Co...co
się stało? - Nie czas na pogawędki, droga pani, obu trzeba
natychmiast rozgrzać, inaczej może się to źle skończyć - rzucił
Callum - Ja... mieszkam w pobliżu, dokładnie tam - wskazała
palcem mały budynek naprzeciwko.
Wśród
okrzyków radości i uznania dla czynu Erika, odprowadzono
bohatera i wyratowanego przezeń chłopca do domu jego matki. Tam
chlopca przebrano i połozono do łózka, oblożyswszy
termoforami. Erik, z pomocą Madame i Marthy ubrał się w suchą
odzież pożyczoną od ojca Mate. Spodnie i koszula opinały się
nieco zbyt mocno na poteznym ciele Erika, a rekawy i nogawki były
cokolwiek kuse, Martha nie powstrzymała się więc i zaczeła
chichotać, Eve zaś dziwnie zaciskała usta, otulając swego
mężczyznę kocem. Potem posadzono go przy kominku w ktorym huczał
solidny ogień, a pani domu zaopatrzyła bohatera w filizankę
ciepłej, dobrze osłodzonej herbaty.
niedziela, 23 listopada 2008
Upiór w... Część 110
Usta
Johanne uformowały się w okrągły kształt litery "o".
-
Jak to wyrzucili? - zapytała Anette, zgorszona. - Tak na bruk i
siup?
-
Wlaśnie tak - rzekł Pierre, czerwony ze wstydu. Spojrzał na
Johanne. - Wygląda na to że masz bezdomnego narzeczonego, kochanie.
Chyba trzeba będzie przełożyć ślub.
Westchnął
ciężko.
-
Madame, Eriku, mam wielką, ogromną prośbę. Czy móglbym
zamieszkać w Coeur albo tu, dopóki nie stanę na nogi?
Postaram sie znaleźć jakąś pracę jak najszybciej.
- A
co z twoją hodowlą, Pierre? - zapytał Erik z powagą. - Projekt
stajen jest już gotowy.
-
Nie mam pieniędzy - Pierre potarł nerwowym ruchem czoło. - Co
gorsza nie mam nawet terenu pod stajnie, skoro zostałem
wydziedziczony. Ale za projekt oczywiście zaplacę.
Erik
uśmiechnął się szeroko.
-
Nie zaplacisz ani grosza, Pierre. Projekt jest waszym prezentem
ślubnym ode mnie. Jesli chodzi o grunta, to co powiesz na pożyczkę?
-
Nie mógłbym... nie śmiałbym prosić... Bardzo dziękuję!
-wymamrotał Pierre. Johanne pisnęła radośnie.
-
Ale warunek jest jeden - Erik zmarszczył brwi w falszywie groźnym
grymasie - Żadnego przekładania ślubu! I mam nadzieję ze
pozwolicie pewnemu skromnemu artyście zagrać podczas ceremonii?
-
Jest pan taki kochany! - wykrzyknęła Johanne zrywając sie od
stołu. Podbiegla do Erika i ucałowala go soczyście w policzek.
Poczerwienial jak wiśnia.
-
Bardzo dziękuję... Dziękuję, Eriku - bąkal oszolomiony Pierre. -
Oddam jak tylko będę mógł!
Erik,
wciąż w pąsach, machnął lekceważaco ręką.
-
Nie ma pośpiechu. - powiedział.
- I
oczywiście - dodala Madame - mozesz tu zamieszkać.
Usmiechnęła
się szelmowsko.
-
Prawdę mówiąc mam wrażenie że twoje bagaże już stoją w
gościnnej sypialni. - rzekła.
Służba
uprzątnęła nakrycia i na stól wjechal deser. Martha
luboscią nalala sobie słodkiego czerwonego wina o mocnym
rodzynkowym aromacie.
- A
my zsuniemy łózka w moim starym pokoju i jakoś sobie
poradzimy - Pauline ze śmiechem trąciła męża w bok.
- A
nie, nie, nie. - Madame żartobliwie pogroziła palcem. - Wy
potrzebujecie więcej wygody. Weźmiecie moją sypialnię.
Sinclairowie
zgodnie wytrzeszczyli oczy.
-
Czy to znaczy że pani się przeniesie do pokoju Pauline i Amelie? -
zapytala Darline z niedowierzaniem.
-
Nie - rzekł Erik szczerząc zęby w radosnym uśmiechu - Pani się
przeniesie do Coeur de Chene.
Martha
prychnęła pitym akurat winem na stół i siedzącą naprzeciw
Amelie.
-
Cholera! - wybuchnęła - Prosiłam kiedyś żebyście ostrzegali!
Spojrzala
na upstrzoną na czerwono Amelie.
-
Najmocniej przepraszam. - rzekła.
-
Drobnostka - odparła rozbawiona Amelie, ocierajac twarz serwetką.
Bezszelestny
jak duch Józef zmieniał nakrycia i suszył plamy na obrusie.
Siedzący
obok Amelli Thomas jąl scierać z prawego rękawa kilka zabłąkanych
kropel wina.
-
To trzeba zaprac bo nie zejdzie. - powiedziala Agathe. - chodź.
-
Państwo wybaczą - Thomas wstając skłonił się z galanterią.
Znikneli oboje za drzwiami.
-
Droga Madame - rzekła wytwornie Darline - Moglaby mi pani powiedziec
czemu przenosi się pani do Erika?
-
Droga Darline - odparła Martha, nie dając dojść Madame do slowa -
Twa myśl jak zawsze nieskalana niczym lilija. Madame może ci
opowiedzieć jakąś bajkę ludowa o tym jak to Erik nie radzi sobie
ze służbą, ale mam wrazenie że jesteśmy tu sami swoi, więc nie
ma co mydlić oczu. Wszyscy wiedzą że oni się kochają i lecą na
siebie jak szatany, to jasne zatem że chcą więcej czasu spędzac
razem. O każdej porze doby.
Erik
się rozesmiał, Madame zczerwieniała gwałtownie. Spojrzeli na
siebie wzajemnie z czułością. Biesiadnicy przyglądali im się z
zainteresowaniem, a Darline nawet z lekkim zgorszeniem.
-
Skoro tę kwestię mamy juz załatwioną, chcialabym zjeść ten
deser w spokoju. - rzekla Martha wskazując na ciasto z kremem
krolujące na stole.
-
A'propos potrzeby bliskości - rzekla Pauline - Gdzie przepadli
szanowny pan komisarz Bonner i Agathe? Robią pranie dla calego
Chateau, czy co?
-
Oby tylko z tego żadnych dzieci znowu nie było - rzekła
zlowieszczo Martha.
Podawszy
deser Józef pozostawił biesiadnikow pieczy słuzącej, sam
zaś udał się sprawdzić czy oddźwierny zamknął bramy i wypuscił
psy. Mijając uchylone drzwi łazienki na parterze zatrzymał sie
na chwilę i badawczo unosząc brew zerknął do środka.
Surdut
Thomasa zwisał z krawędzi wanny, najzupełniej porzucony. Jego
właściciel, w samej tylko kamizelce na koszuli, obejmował pannę
Agathe, zachłannie całując jej szyję. Włascicielka szyi, z
kolei, trzymala jedną drobną dłoń na posladku Thomasa, druga zas
błądziła gdzieś pod kamizelką.
Józef
wycofal się bezszelestnie.
Upiór w... Część 109
Erik
podsunął krzesło Madame, i sam usiadł obok niej. Amelie zasiadła
na końcu stołu, koło Anette, po prawej mając puste miejsce,
naprzeciw zaś Marthę, a obok niej Agathe, świdrującą owo miejsce
ponurym wzrokiem.
-
Madame, czemu jeszcze nie ma Thomasa? - zapytała Amelie.
- A
skąd ja mam wiedzieć? - zdziwiła się Madame. - Pewnie coś mu
wypadło, z policjantami tak bywa.
Józef
wpłynął majestatycznie do jadalni, dzierżąc w okrytych białymi
rekawiczkami dłoniach wazę z zupą.
Gdy
skończył nalewać Callum wstał z uroczysta miną i odchrząknął.
Madame
uniosła brwi.
-
Czyżbyś chciał nam coś oświadczyć? - zapytała niewinnie.
Martha
czym prędzej przełknęla trzymaną w ustach zupę.
Callum
zarumienił się i przestapił z nogi na nogę.
-
Tak. - powiedział. - Ja... My...
-
Pauline jest w ciąży! - wykrzyknęła Anette, zrywając się z
miejsca. - Wiedziałam!
Pauline
spojrząła na nią morderczym wzrokiem.
-
Ty małpo zielona, wszystko popsułaś!!! - zgrzytnęła zębami.
-
Kochanie- rzekł ostrzegawczo Callum - Tylko nie denerwuj się za
bardzo, to ci szkodzi.
Erik
zamrugal oczyma.
-
Zaraz. Czy ty naprawdę jestes... spodziewasz sie dziecka? - spojrzał
na Pauline. Ta oblała się rumiencem i gwałtownie spuściła głowę.
-
Tak - powiedziała, wpatrując sie pilnie w talerz przed sobą. -
Jestem w ciąży.
-
Moje najszczersze gratulacje! - wykrzyknął Erik.
Nad
stołem rozpętało się gratulacyjne pandemonium.
Agathe
rzuciła kolejne mordercze spojrzenie w kierunku pustego miejsca
naprzeciwko.
-
Omineło mnie coś? - w dźwiecznym barytonie wibrowała kpiąca
nutka.
Thomas
stał w drzwiach jadalni, z leniwą gracją oparty o framugę. Dłonie
trzymal w kieszeniach spodni. Spojrzał lśniącymi jasnymi oczyma na
Agathe, która nie wiedzieć czemu poczuła się jakby była
naga.
Zaczerwieniła
się.
Thomas
błysnął zębami w uśmiechu i z niedbałym kocim wdziękiem wszedł
do jadalni. Skłonil sie Madame, po czym nachylił się nad Agathe,
całując ją w policzek. Poczuła dotyk miekkich ust i szorstkiego
od zarostu policzka i zapach wody kolonskiej. Zrobiło jej się
goraco.
-
Co mnie zatem ominęło? - zapytał Thomas sadowiąc sie na swoim
miejscu naprzeciw Agathe.
-
Szczęśliwe poczęcie - odparła Amelie. - Pauline i Callum
spodziewają się potomka.
-
Gratuluję - rzekł. Callum skinąl glową a Pauline wymamrotała
ledwo słyszalne słowa podzękowania.
-
Moi kochani, cieszę się waszym szczęściem! - donośny glos Madame
rozbrzmial nad stołem - Ale nie będziecie chyba wobec tego dalej
gnieść się w tym zajeździe?
Callum
odchrząknął.
-
Nie chcielibyśmy nadużywac niczyjej gościnności... - zaczął.
Madame
skrzywila się jakby ugryzła cytrynę i przerwała mu machaniem
ręki.
-
Callum, nie pleć dubów smalonych, bardzo cię proszę.
Niczego nie nadużywacie. Pauline - spojrzala na wychowankę - jutro
ty i twoj mąż zameldujecie się tutaj. Jasne?
-
Tak, Madame - odpowiedziala Pauline odruchowo, po czym opamiętala
się - Ale, zaraz, dlaczego własciwie nikt mnie tu nie zapytal o
zdanie?! Może i wyszlam za mąż, ale mózgu nie straciłam!
-
Brawo! - zakrzyknęła Martha.
Thomas
uśmiechnął się połgębkiem, w oczach zaiskrzyło mu rozbawienie.
Wymienił nad stołem spojrzenia z ubawionym Erikiem. Agathe
obserwowala go ukradkiem znad talerza z zupą.
-
To znaczy... - brnęła Pauline - Nie mam nic przeciwko zamieszkaniu
tutaj, to znaczy na razie, chodziło mi tylko o zasadę...
Slużąca
zebrala talerze, a Józef wniósł pieczyste.
-
Skoro nie masz nic przeciwko to sprawa załatwiona - rzekla
apodyktycznie Madame. - Jutro widzę was tutaj.
Pieczeń
wołowa okazala sie odrobinę niesłona, Agathe sięgnęła więc po
solniczkę, wciaz ukradkiem popatrując na Thomasa. Zamiast na
metalowy pojemniczek jej dłoń natrafila jednak na jego dłoń.
-
Przepraszam. - powiedziała. Chciala cofnąć dloń, lecz silne,
szczupłe palce przytrzymaly ją. Thomas patrzył na nią przez stół
uśmiechając sie niczym zadowolony kot. Agathe czuła delikatną
pieszczotę jego palców muskających wnętrze jej dloni.
Delikatne rumieńce wyplynely na twarz dziewczyny, oczy zalśniły.
-
Madame, momencik! - zawołal Pierre, wznoszac w górę dloń. -
Skoro już mówimy o mieszkaniu... Musze coś wyznać.
-
Proszę..! - jeknęła Agathe pólgębkiem.
Drapiezna
twarz rozjasniła się uśmiechem. Thomas puścił powoli dłoń
Agathe.
-
Pierre - powiedziala rownoczesnie Johanne. - Czy ja o czymś nie
powinnam wiedzieć?
De
Chagny spuscił głowe tak bardzo że prawie wpadł do wlasnego
talerza.
-
Bo widzisz Johanne, kochanie... - rzekł powoli - Rodzice mnie
wydziedziczyli i wyrzucili z domu.
czwartek, 20 listopada 2008
Upiór w... Część 108
Thomas
porwal Agathe na ręce i wyszedł z lazienki. Kopniakiem otworzyl
drzwi sypialni. Zamknęły sie za nimi z trzaskiem.
Postawil
ją przy łóżku i niecierpliwie szarpnął zapięcie sukni.
Trzasneły rozpinane haftki, suknia wylądowała na podlodze, za nią
poleciał ręcznik z jego bioder. Poddajac się niecierpliwym
pocalunkom Thomasa Agathe podrożowała dłonmi wzdłuż jego
grzbietu aż po muskularne posladki. Czuła jego ciężar na sobie,
słyszala coraz szybszy oddech, smakowala jego wargi i ciało.
Gorset
zerwany niecierpliwymi dłońmi sfrunął na posadzkę jak wielki
biały ptak. Długie, silne palce Thomasa rozsuplały zwinnie troczek
pantalonow Agathe.
Zatrzymał
się na moment i uniosl nad nią. Jego oczy lśniły drapieżnie i
pożądliwie.
-
Co powiesz na to żeby wieczność zaczela się już dziś? -
zapytał.
Agathe
spojrzała na niego, obrzuciła wzrokiem szczuple mocne ciało,
imponujące w bezwstydnej nagości. Krew pulsowala jej w skroniach,
ciało tętniło rozkoszą. Usmiechnęła się.
-
Jesli to jest wieczność, to chcę zyc wiecznie. - szepnęła.
Zwinne
palce zsunęły delikatnie bialą tkanine z jej bioder.
Wiatr
targał stare dęby, wył w ich koronach i gwizdał w kominach Coeur
de Chene. Mokry śnieg uderzal w okna i topniejac spływal po
szybach.
W
gabinecie Erika bylo ciepło i przytulnie. Płomienie lapczywie
pożerały bukowe bierwiona na kominku, oswietlając pokój
miekkim, ciepłym blaskiem. Na stoliku stala butelka z płynem który
zdawal sie niemal bursztynowy w świetle ognia i roztaczał wokół
miłą woń miodu i ziół.
Madame,
wyciągnięta wygodnie na miekkiej tygrysiej skórze przed
kominkiem czuła jak miłe ciepło pulsuje jej w żyłach, choc cała
jej odziez lezała w nieładzie na sofie, fotelu i podlodze. Wsparta
na łokciu Eve zapatrzyla się w płomienie, słuchając ich trzasku,
stłumionego wycia wichru za oknem i glosu męzczyzny leżącego za
nią. Erik ułożył się wygodnie na plecach, z rękami pod glowa i
cicho nucił jakaś piosenkę, ciepłym, głębokim barytonem w
którym drgała odległa mroczna nuta. Nagi, w miękkim
świetle ognia wyglądał niczym grecka rzeźba, rzeźba której
nie dokończono twarzy, pozostawiajac jedną jej stronę
niekształtną.
Madame
westchnęła.
-
Martwisz się czymś - powiedział Erik. - Widze to.
Jego
palec zatańczyl na jej nagich plecach.
-
Nie wiem czy dobrze zrobiłam - powiedziala nie odrywajac spojrzenia
od płomieni. - Może nie trzeba było jej tam zawozić.
Obrócila
sie na wznak. Patrzyl na jej drobne ciało, male piersi, płaski
brzuch, czarę pępka wypelnioną cieniem. Czuł się tak szcześliwy
ze mógly nie tylko nucic, ale i śpiewać na całe gardło,
tak, jak nie spiewał od dawna.
-
Nie frasuj się, moja mila - pochylił się i pocalowal jej pępek. -
Z Thomasem Agathe jest zupelnie bezpieczna.
-
Skąd możesz to wiedziec? Znasz go tak krótko...
Przesunąl
sie tak, że jego twarz znalazla się naprzeciw twarzy Madame.
-
Znam go dlużej niż myslisz - uśmiechnął się - Kilkanascie lat
temu bralem lekcje fechtunku.
Przychodziłem
nocami do starego szlachcica, ktory przygarnął bezdomnego chłopaka,
kilkunastoletniego wyrostka.
Pocałował
ją w usta.
-
Dzieciak cwiczył razem z nami. Był chudy jak patyk i zajadły jak
wsciekły pies, mało mówił i trenowal jak opętany. Jednak
powstało między nami coś... Ja wiem? Przyjaźń? Zapamiętalem
jego oczy na zawsze i chociaz przez te lata się zmienił nie do
poznania, wiedzialem że to on, od momentu kiedy go wyprowadziłaś z
piwnicy, trzymając na muszce.
Madame
usiadła i znowu zapatrzyła sie w płomienie.
-
To dobry chlopak - szepnął siadając za nią. Objąl ją jednym
ramieniem. - I naprawdę ją kocha.
Przymknął
oczy i zaczął spiewać.
Jadalnia
w Chateau Mignon wrzala gwarem. Goście i domownicy zajmowali
miejsca, przekomarzajac sie, śmiejąc i gadajac.
-
Siadajcie, kochani, siadajcie! - Madame przekrzykiwała rozhowor nad
stołem. - Pierre, dobrze cię widzieć, jak tam rodziciele?
-
Nieprzejednani - odparł de Chagny, podsuwajac krzesło Johanne. -
Nie wiem co to będzie.
-
Poplamiłaś atramentem moje papiery - syczała Martha do sadowiącej
sie obok niej Darline - Będę musiala przepisywac od nowa!
-
Przepraszam... - jęknęła Darline - naprawdę byly takie wazne?
-
To był mój artykuł, mialam go zanieść do redakcji "Wiesci
Calumeaux"! - pieniła się Martha - Mam im takie zmazy w
atramencie oddać?!
-
Przepiszę ci, dobrze? Tylko sie już nie gniewaj...
W
drzwiach pojawiła się Pauline, wzburzona i z wypiekami na twarzy.
Za nią szedł Callum, z zaciśnietymi szczękami i zyłą pulsującą
na skroni..
-
Mówilam ci że od zapachu lawendy mnie mdli! Co ci do łba
strzeliło żeby sie larendogrą nacierac?! - syczała Pauline,
siadając.
-
Wyrzucilem larendogrę. Czy mam spalic zajazd, czy wietrzenie pokoju
wystarczy? - zapytał jej mąż jadowicie.
-
Coście tacy wściekli? - zapytał Erik ciskając niedbale stosik
papieru nutowego na krzesło pod ścianą.
Pauline
łypnęła na Erika jednym okiem. Callum usiadł i niespodzianie
prychnął śmiechem.
-
To nic takiego, dzień jak co dzień - powiedział smiejąc się od
ucha do ucha.
-
Kochanie - powiedziala równoczesnie Madame, kleepiąc Erika po
ramieniu - Weź te nuty stamtąd, ktoś na nich siądzie, albo co
wyleje i będzie dramat. Jak lekcja?
-
Świetnie - odparła Amelie zza jej pleców.
Madame
podskoczyła leciutko.
-
Czy pojawianie się znikąd jest u was jakies rodzinne? - zapytała.
Amelie
roześmiała się.
-
Kto z kim przestaje takim się staje - odpowiedziała. - A lekcja
była świetna, pan Erik jest genialnym nauczycielem!
- A
Amelie znakomitą uczennicą. - rzekł Erik, kontent i zarumieniony -
Będzie naprawde wirlką śpiewaczką. Ogromny talent!
Teraz
na odmianę zarumieniła się Amelie.
Upiór w... Część 107
- I
co? Coś ty taki szczęśliwy?- Pauline spojrzała na uradowanego
męża spode łba - Powiedział ci, że umrę w przeciągu następnych
dwóch miesięcy? - Nawet tak nie żartuj - odpowiedział,
iskierki radości zabłysnęły w jego szarych oczach, a usta wygięły
się w ciepłym uśmiechu. - No więc? Callum podszedł do
łoża, po czym usiadł na jego krawędzi, wciąż nie spuszczając
wzroku z żony. - Więc...- objął ją ramieniem, drugą dłoń
zaś położył na jej brzuchu - Co robisz? - Pauline przełknęła
ślinę, mierząc go niepewnym wzrokiem - Jesteś w ciąży -
wyszeptał jej do ucha - Będziemy mieli dziecko. Poczuła dziwny
uścisk w dołku, spojrzała na niego ze strachem. - W...ciąży?
Ale...co ty mówisz? - Jak to co, mam powtórzyć? -
zaśmiał się - N...nie, znaczy... Mój Boże... -
pobladła na twarzy, czuła, jak ręce jej drżą. - O co chodzi?
- Callum poczuł się lekko zażenowany
Paulina zamyśliła
się przez moment, po czym ponownie spojrzała na męża. Chyba
jeszcze nigdy nie widziała go tak szczęśliwego jak teraz...a ona
wszystko psuje - skarciła się w duchu.
- Już...o nic -
odwzajemniła uśmiech, wtulając się w mężowską pierś -
Jesteś pewna? Myślałem, że się chociaż ucieszysz... - Ależ
cieszę się, głuptasie! - zaśmiała się, po czym pocałowała go
w usta - Kocham cię.
Lodowaty
wicher niósł ulicami Calumeaux kłęby mokrego śniegu,
targał drzewami i wył w kominach. Czcigodni obywatele miasteczka
poszli już spać, nawet w oberży pogaszono światla, a ostatni
pijaczek dawno zdażył już dotrzec do domu. Wiatr ciskał śniegiem
w tarczę zegara na ratuszu, pstrząc ją białymi kropkami i
oblepiając wskazówki które wlaśnie miały się
spotkać na godzinie dwunastej.
Ktoś
jednak jeszcze czuwał. W jednym z okien stojącego przy bocznej
uliczce domu komisarza policji paliło się światło.
Thomas
z ulgą wyciągnąl się w wannie, zaplatając ręce za głową. Nie
było nic lepszego niż porządna gorąca kąpiel, zwlaszcza jeśli
się spędziło poł nocy jadąc wśród śnieżycy. Oparł
długa, muskularną nogę o krawedź wanny i przymknął oczy. Rama
okna zatrzeszczała pod naporem wichru, który jęczał i
zawodził na zewnątrz, ale w łazience było ciepło i przytulnie. I
bezpiecznie. Martinet napalił wcześniej solidnie w piecu, Sabine
przygotowala swieże ręczniki i położyla na wannie kostke
pachnącego mydła, wszystko czekało tylko na Thomasa.
Uśmiechnął
się z zadowoleniem. Nawet baron Ducau nie miewal lepszej obsługi.
Gdzieś
w głębi domu trzasneły drzwi. Lekkie kobiece kroki rozbrzmiały w
korytarzu, zbliżając się ku łazience.
Thomas
otworzył oczy.
-
Sabine?
Kroki
ucichły tuż przed drzwiami lazienki.
Thomas
wyszedł z wanny, ociekając wodą. Jego cialo było napięte,
spojrzenie pełne czujności. Wiedział że ta suka nie mogla uciec,
nie było ucieczki z miejsca w którym ją uwięzili. To nie
mogła być ona.
Owinął
biodra ręcznikiem, potem wziąl pistolet leżacy na krześle.
-
Sabine? - powtórzył. Odbezpieczył broń.
Klamka
się ugięła.
Thomas
podszedł kocim krokiem ku drzwiom. Stanąl przy scianie. Szare oczy
przybrały barwę stali.
Zamek
szczęknął i drzwi otworzyły sie powoli na zewnątrz.
Jednym
błyskawicznym ruchem Thomas znalazl sie w progu, mierząc do
tajemniczego intruza.
-
Możesz przestać we mnie celować? - zapytała Agathe z dezaprobatą.
Thomas
opuścił broń, mięśnie jego ciała rozluźniły się.
-
Myslałem że to ona. - powiedział cicho. - Jak mnie tu znalazłaś?
-
Znajdę cię wszędzie, Thomasie Bonner - Agathe postąpila ku niemu,
w jej oczach tanczyły jasne światełka. - Pamietaj o tym.
Uśmiechnął
sie kątem ust.
-
Nie odzywaleś sie do mnie przez dwa tygodnie - rzekła z naganą. -
od czasu kiedy ją... zamknęliśmy.
Thomas
odwrócił się i podszedł do krzesła. Agathe patrzyla na
grajace pod skórą mięśnie jego grzbietu. Odłożył
zabezpieczoną broń na schludny stosik odzieży.
-
Nie wiedziałem co ze mną będzie. - powiedział. - Wyrzucili mnie z
Surete, malo brakowało a wróciłbym na ulicę. Tylko dzięki
znajomościom Madame znalazłem się tu.
Odwrócil
się i spojrzał na nią.
-
Co mogłbym ci wtedy dać? Czlowiek bez pracy, domu i okryty hańbą?
- w jego oczach ból mieszał się z gniewem i miłością.
Agathe podeszla do niego, blisko, bardzo blisko i połozyla obie
dłonie na jego piersiach. Objął ją.
-
Dobrze wiesz że poszlabym za tobą nawet gdybyś miał żebrac w
rynsztoku. - powiedziala.
-
Dobrze wiesz - jego głos był niski i aksamitny - że nie moglbym
ciebie na coś takiego skazać.
Pochylił
się, Agathe widziala nad sobą jego lśniące oczy. Przymknęła
powieki. Wargi Thomasa przywarły do jej ust, gorące i zachłanne.
-
Nie mozemy... - szepnął Thomas, przerywajac pocałunek. - Musisz
isc do domu.
-
Madame wie - powiedziała Agathe gdzieś w pierś Thomasa, wciągajac
głęboko w nozdrza jego zapach.
Uniosła
głowe i spojrzala mu w twarz.
-
Nie musisz sie martwic o swoją dobrodziejkę. - powiedziała. - Sama
mnie tu przywiozła.
środa, 19 listopada 2008
Upiór w... Część 106
Ledwie
Madame i dziewczęta zjawily się w Chateau, Henri zaczął
wypytywać o minione wydarzenia. Eve zrelacjonowała mu rozwój
wypadków, na tyle na ile mogła, udzielajac wyjaśnień dość
skąpych w szczegóły, przyjętych jednak przez brata z
wielkim zainteresowaniem. Mathilde trwała zasadniczo we wrogim
milczeniu, mamrocząc tylko coś o związkach z pajacami i
kryminalistami, oraz o rozwydrzonych pannicach. Zaraz tez zaczeła
się pakować, żądając od męza natychmiastowego powrotu do domu.
Mial tu miejsce przykry incydent, bowiem pani Duegne stanowczo
odmówiła zabrania ze sobą służącej Sabine, twierdząc że
odpowiednim miejscem dla takiej niebezpiecznej furiatki jest "ten
dom wariatów", jak okesliła Chateau Mignon. Duegne
wyjaśnił później siostrze, że Sabine próbowała
uspokoić rozhisteryzowaną Mathilde, uderzajac ją w twarz, żona
jednak nie dała się przekonać co do słuszności postępku
dziewczyny i wyrzuciła ją na bruk. Madame pozwolila dziewczynie
zostac tymczasowo w Chateau, twierdząc że jakas praca dla niej na
pewno sie znajdzie. I w rzeczy samej, rychło okazalo sie że
komisarz Lebronne odchodzi na emeryturę i wyprowadza się na drugi
koniec Francji, a jego następca pilnie potrzebuje służby.
Pierre
pisał codziennie, donosząc o nieugietym stanowisku swych rodziców
co do jego ślubu z Johanne. Matka zaczęła grozic mu
wydziedziczeniem, jednak Pierre byl dobrej mysli pewny ze jesli tylko
zdobędzie odpowiednią ilośc gotówki rozkręci swoją
hodowlę i uniezależni się od rodzinnej fortuny. Johanne nie
podzielała jego optymizmu, postanowiła jednak wytrwać przy de
Chagnym niezależnie od wszystkiego.
Agathe
snuła sie markotnie po Chateau, z zazdrością spoglądajac na gęsto
kursującą między Johanne a jej narzeczonym korespondencję, Thomas
bowiem nie dawał żadnego znaku życia, nie pisząc ani do niej, ani
do Amelie, ani do Erika. Amelie utrzymywala że to jego normalne
zachowanie i odezwie się kiedy przyjdzie na to czas. Sama świetnie
zaaklimatyzowała się w Chateau, zjednując sobie od razu serca
dziewcząt, a Erik, odkrywszy iż dysponuje ona znakomitym sopranem i
uwielbia śpiewać, z zapałem przystapił do udzielania jej lekcji w
tej materii.
Mlodzi
panstwo Sinclair zatrzymali się w zajeździe w Calumeaux, nie chcąc
nadużywać, jak mówił Callum, gościnności Madame...
Callum
z determinacją rzucił się na łoże, po czym odetchnął z ulgą,
ściągnąwszy z siebie ostatnią część zbędnej garderoby. Na
posadzce rozległy się ciche kroki małżonki, odwrócił
wzrok w jej stronę. Stała tuż przed nim, na jej twarzy malował
się zalotny uśmiech, w piwnych oczach można było dostrzec ogniste
iskierki pożądania. Podziwiał smukłą sylwetkę, skąpaną w
promieniach blasku księżyca oraz długie, lśniące włosy, falami
spływające na ramiona. Pod zwiewną tkaniną koszuli nocnej malował
się zarys jej delikatnych piersi, falujących pod wpływem oddechu.
Poczuł nagłą falę pożądania ogarniającą jego ciało. Dłonią
przesunęła po jego policzku, w odpowiedzi jego wargi delikatnie
musnęły jej wnętrze. Podniósł się, jego ręce spoczęły
na jej biodrach. - Wyglądasz niczym bogini - szepnął,
jednocześnie przyciągając Pauline do siebie. Ich usta połączyły
się w gorącym pocałunku. Ostrożnie ułożył ją pod sobą,
zadzierając dolną część koszuli nocnej do góry. Czuła
jego gorący oddech na swoich piersiach. Rozgrzane wargi mężczyzny
błądziły po całym jej ciele. Jego dłoń wędrowała po
wewnętrznej stronie jej ud, nieuchronnie zbliżając się do celu.
Poczuła jego twardą męskość między nogami... Nagle ciałem
Pauline wstrząsnęły fale mdłości, cały świat zawirował jej
przed oczyma. Cofnęła się nieco, jednocześnie odpychając
małżonka od siebie. Jej ręce zacisnęły się w okół
brzucha, jęknęła żałośnie. - Znowu? - mruknął Callum, z
widocznym zawodem w głosie Dziewczyna kiwnęła głową
potwierdzająco - Wybacz... - szepnęła - ...ale nie dam rady,
czuję się okropnie. Jego dłoń delikatnie przesunęła się po
jej policzku, zamyślił się przez moment. - Prześpij się,
jutro rano wezwę doktora, zgoda?
-
Niedługo wrócę - rzekł Callum, wciągając surdut
Odpowiedział mu bladu
uśmiech małżonki. Siedziała na posłaniu, popijając poranną
herbatę z filiżanki. - Dobrze- odpowiedziała anemicznie- Tylko
nie spiesz się zbytnio. Pokręcił głową z dezaprobatą,
szczerząc zęby w uśmiechu, po czym wypowiedział kilka
uspokajających zwrotów i zniknął za drzwiami. Pauline
odstawiła naczynie na stolik nocny, i opadła na posłanie. Setki
czarnych myśli plątało jej się po głowie, stwierdziła jednak,
że nie warto zamartwiać się na zapas, wobec czego przymknęła
powieki i pogrążyła się we śnie. Z półsnu wyrwały
ją głośne kroki w przedpokoju, po chwili drzwi uchyliły się i do
środka wstąpił Callum, a za nim tęgi, niewysoki mężczyzna,
gdzieś po pięćdziesiątce. Pauline zerknęła na wygnieciony
materiał sukni, a na twarzy wyczuła kilka swododnie opadających
pasm włosów wymykających się z ciasnego koka. Zarumieniła
się delikatnie i zerwała się z łoża niczym poparzona, mężczyzna
jednak powstrzymał ją gestem dłoni. - Nie widzę takiej
potrzeby- mruknął, po czym przedstawił się- Nazywam się Augustin
Bavent, jestem doktorem, jak się pani zapewne domyśla... -
Ależ...owszem, w...witam... - wybąkała -...Pauline...Sinclair -
Tak więc...- zaczął, po czym skierował się w stronę Calluma -
Byłby pan łaskaw, Panie Sinclair zostawić mnie i pańską małżonkę
przez chwilę na osobności? Pauline bacznie śledziła wzrokiem
męża, dopóki nie zniknął za drzwiami prowadzącymi do
przedpokoju. - Panie Sinclair? - nie minęło kilkanaście minut,
z zamyślenia wyrwał go głos doktora Callum popatrzył na
mężczyznę pytającym wzrokiem - Co z nią? - Ależ nic...-
uśmiechnął się Bavent pod nosem - Pozostaje mi tylko
pogratulować, otóż...Pańska małżonka spodziewa się
dziecka. W szarych oczach młodzieńca rozbłysły radosne
iskierki, poczuł, jak jego serce przepełnia się dumą.
Upiór w... Część 105
Szare
oczy rozbłysły gniewem. Jednym szarpnięciem Thomas zdarł czerwony
jedwab z ciała kobiety. Wyprostowala się dumnie, jej krągle piersi
zakołysaly się, mleczna skóra polyskiwala perłowo w blasku
świecy, kontrastując z opuchniętą, posiniaczona twarzą.
-
Przyznaj się Bonner - powiedziała drwiąco - stanął ci. No dalej,
zerznij mnie, wiem że tego pragniesz!
-
Gowno wiesz. - odparł uprzejmie Thomas. - Mam dla ciebie nową
kreację.
Podniosl
z pryczy szare zawiniątko i rozwinął.
-
Wlosiennica. Ostatni krzyk mody w tych stronach - rzekł, podając
ubranie Aglae. -Radzę ci, włóż po dobroci, albo złamię ci
rękę. Nie dostaniesz tu morfiny, pamiętaj.
Obrzuciła
go wściekłym spojrzeniem, ale wciągnęła na siebie włosiennicę,
krzywiąc sie gdy szorstka tkanina drapała jej delikatną skórę.
Matka
przełozona podala Thomasowi nożyce. Musnął dlonią czarne loki
Aglae, po czym chwycił jedno pasmo.
-
Wciaż tak samo czarne - wyszeptał - Ojciec się nimi zachwycał...
Szczęknęły
nozyce. Hebanowe loki jeły opadac na posadzkę u stóp Aglae i
osadzac się na włosiennicy.
-
Zaprawa gotowa - zakomunikował Erik z korytarzyka. - Możemy
zaczynać?
-
Jeszcze chwila - powiedział Thomas, pryglądajac się własnemu
dziełu. - Wyglądasz cudownie- powiedział – Tutaj będziesz
spała, masz wygodne łoże. Karmic cie beda zdrowo, chlebuś i woda
źródlana. Miłej wieczności. - powiedziawszy to wyszedl z
celi. Aglae usiadła na pryczy i wyszczerzyła zęby w
obłąkańczym uśmiechu.
-
Spotkamy się w piekle, Thomas. - rzekła niskim gardłowym glosem.
Erik
chlapnął zaprawą i ułożył pierwsze kamienie. Callum i Pierre
podawali następne. Thomas odwrócił się plecami do
wyjscia z celi i przymknął oczy tłumiąc łzy.
-
Przeklinam cię Bonner - opetancze wycie rozbrzmiało zza rosnącego
muru w drzwiach celi. - Przeklinam kazdy twój dzień,
przeklinam wszystko co kochasz i błogoslawie to czego nienawidzisz!
Przeklinam cię Thomasie Bonner!
Aglae
wyla, klęła, śmiała się i szlochała na przemian.
Ostatni
kamień znalazl swoje miejsce w murze. Tylko niewielki otwór
lączyl teraz celę Aglae ze światem. Thomas spojrzał na
milczącą matke Eugenie.
-
Dziękuję - powiedział. - Co teraz matka zrobi?
Zakonnica
podniosła głowę. Ciemne oczy, pelne odległej melancholii,
przeniknęły Thomasa Bonnera na wylot.
-
Będe się modlic za jej duszę. - rzekła z prostotą.
Dwa
powozy odjechaly ku stolicy.
Opustoszałymi
ulicami Paryża wędrowal samotny człowiek. Niski, korpulentny, w
dłoni ściskal flaszkę, do połowy wypełnioną bezbarwną cieczą
i podążał chwiejnym krokiem w sobie tylko znanym kierunku,
zataczajac sie od rynsztoka do rynsztoka. -Kurwaa maaać...
dlaczego teraz?! Dlaczego?! - stanął pośrodku ulicy unosząc głowę
i ręce w rozpaczliwym geście kierując je ku ledwie widocznemu
księżycowi i gwiazdom. - Życie musi zawsze pieprznąć się w
najlepszym momencie... A było całkiem dobrze - podjął przerwaną
wędrówkę jednocześnie mocno gestykulując rękoma - Bal się
udał? Udał! Aglaja miała tego łapsa w podziemiach? Miała! Ja
miałem spokój? Miałem cholerny spokój! - wyliczał na
palcach. - A teraz... teraz kurwa mać. Zatrzymał się niedaleko
Sekwany i westchnął ciężko. -Ciężkie życie? - złowieszczo
szepnął ktoś tuż za nim. -E? - bardzo zdezorientowany
Mouffetard ją rozglądać się dookoła. Mrok rozświetlała
tylko pobliska latarnia.Barczysta postać weszła kocim krokiem w
plamę rzucanego przez nią światła. -Ty..! To ty... -
Mouffetard pobladł co było widoczne nawet przez zasłonę nocy.
-Tak to ja. - coś złowieszczo zakołysało się w dłoni Erika.
Mouffetard do tej pory rozpaczliwe zasłaniający się butelczyną
wypuścił ją z trzęsącej się dłoni i rozpoczął odwrót.
Zatrzymał się dopiero na wilgotnej barierce mostu. Mara, duch,
cień, zwid czy cokolwiek to było, na szczęście zniknęło.
Mouffetard z ulgą otarł wyciągnięta z zanadrza chusteczką
spocone czoło i policzki, po czym żałośnie zerknął ku rozbitemu
szkłu i rozlanemu trunkowi. -Idiota ze mnie - ciężko
westchnął. - Taka dobra wód... Powietrze ze świstem
przeciął sznur, który mocną pętlą oplótł szyję
mężczyzny nie dając dokończyć mu zdania. -To nie moja
wiinaaa! - charczał. -To.. ta suka! W odpowiedzi pętla
zacisneła się mocniej. -Ona mnie zmusiła! Nananapraawdę!
Spanikowany eksdyrektor wyraźnie czuł bardzo niedaleko siebie
tego mężczyznę, mężczyznę który najwyraźniej mocno
chciał się zemścić za kilka wypadków. Szorstkie sploty
sznura coraz boleśniej wrzynały się w gardło, coraz bardziej
obcierając skórę i skutecznie uniemożliwiając oddychanie.
Przed oczami Mouffetarda zatańczyly czerwone punkciki. Pętla
zacisnęła sie po raz ostatni. Dalej była już tylko ciemność.
Po
powrocie do Paryża wszyscy chcieli jak najszybciej zapomnieć o
przykrych wydarzeniach. Madame, Erik i dziewczęta postanowili jak
najszybciej opuścić stolicę i udać się do Calumeaux.
Callum
i Pauline dolączyli do nich, Pierre'a jednak zatrzymały w Paryżu
jakies interesy, Thomas zaś, pozegnawszy się grzecznie z
wszystkimi, po prostu zniknął.
|
|
|
<
|
Maj 2012 |
>
|
|
| Pn |
Wt |
Śr |
Cz |
Pt |
So |
N |
|
|
1
|
2
|
3
|
4
|
5
|
6
|
|
7
|
8
|
9
|
10
|
11
|
12
|
13
|
|
14
|
15
|
16
|
17
|
18
|
19
|
20
|
|
21
|
22
|
23
|
24
|
25
|
26
|
27
|
|
28
|
29
|
30
|
31
|
|
|
|
|